— Podoba mi się to właśnie!

— Tak, dzisiaj, dopóki go trzymasz oczyma na uwięzi jak zwierzę. Ale pomyśl, że on może jutro czy za rok, po pijanemu, z pięścią stanąć nad tobą!

— Nie będzie pił, nie będzie się miotał! Szczęście mu dam.

Wyprostowała pierś, wzniesioną na wiatr głowę zwróciła ku Turskiemu.

— I cóż pan myśli! Że ja nie potrafię sobą zapłacić mu wszystkiego, co chcę mieć od niego? I że on nie będzie mi jeszcze dłużny? Piękna jestem zawsze, o! Dzisiaj o wiele piękniejsza niż wtedy, gdyś ty mnie znał. Zdumiałbyś się, gdybyś mógł ujrzeć... Czuję, że dopiero teraz rozkwitam jak kwiat, nie! Raczej jak owoc dojrzewam. Zrobię go najbogatszym z ludzi i będzie mi wdzięczny za to...

— Jeśli się zdoła poznać na tym, co mu dasz.

— Jakżeby mógł się nie poznać?

— Głupi jest.

— A! Pan nie wie, jaką on ma piękną duszę!...

— Ha! — rozrzucił ręce bezradnie, nie umiejąc znaleźć już słowa. Jakiś bolesny śmiech zatargał się w nim i gasł pod padającą coraz grubszą warstwą smutku... Szary, miałki popiół, grzebiący pod sobą wszystko.