Więc był niegdyś Rogocki, wspaniały, dziś zmarnowany człowiek i ofiarował jej pono wszystko, życie swe, silne męskie ręce i wielką, wyrozumiałą, prawie macierzyńską miłość, a odepchnęła go po pewnym czasie... Był on sam z nieposkromionym szałem kochania ponad ludzką miarę potężnego — i z rąk mu się wydarła. Odtrąciła Wierzbica, artystę przedziwnego, któremu mogła się stać naprawdę natchnieniem i dobrą wróżką życia, bo ten sarkazmem zabijający się człowiek był dzieckiem w duszy i potrzebował kochających opiekuńczych dłoni... Ale Rohityn został i jako mąż przy niej zostanie i o nim się mówi, że ma piękną duszę, bluźniąc temu wszystkiemu, co było.

Co było! Co było...

Wicher huczał nieustannie. Drzewa, schylając się, zaglądały w przelocie w błyskliwe ślepia samochodu i chichotały przeciągle, powtarzając sobie nawzajem: Wiesz? Rohityn ma piękną duszę! wiesz? Rohityn ma piękną duszę, hu, hu, huuu!

Coś jak gdyby szept daleki, daleki:

— Romek...

Turski oprzytomniał.

— Przepraszam panią, że o tym wszystkim mówiłem — zaczął po chwili głosem, jak gdyby zmęczonym. — Mogła mi pani przerwać jednym słowem, że mi nic do tego.

— Owszem, niech pan mówi. Wolno panu mnie obrażać. Choćby ze względu na... Iwonka.

Syknął mimo woli i zagłębił się w poduszki siedzenia. Samochód wydostał się właśnie serpentynami na szczyt Porońca103; wiatr huczał po świecie, zupełnie znów rozszalały. Widno było104 teraz cały łańcuch Tatr, nakryty potwornym, skłębionym wałem nieruchomych chmur, czarniejszych wewnątrz od nocy, srebrnych brzegami od skrytego za nimi miesiąca105. Reszta nieba była czysta i wyiskrzona gwiazdami.

Czasem, poprzez świst wichru, dochodził z lasu jękliwy trzask łamanego drzewa, druty telefoniczne rozpięte wzdłuż gościńca dźwięczały nieustannie i ponuro.