Turskiemu przypomniały się burze, gdzieś na północ od Japonii na niewielkim pobrzeżnym statku kupieckim przebywane w chłodne, blade noce, kiedy wicher ryczał w wałach morskim pod niebem tak samo jak teraz gwiaździstym. I przypomniało mu się, jak w jedną taką noc przyszło do niego z daleka wspomnienie tej oto kobiety, która siedziała teraz obok niego, dalsza mu w istocie, niż wówczas na wodach Oceanu Spokojnego. Tam w świście wichru czuł wiew rozszalałej, długo duszonej swojej tęsknoty, w pianie morskiej, obryzgującej mu rozpaloną twarz — łzy, których jego oczom brakowało. Przypomniał sobie, jak w myśli tulił tam do ust jej ręce, jak błagał ją, aby wargami jeszcze raz, raz jeden jedyny dotknęła jego czoła. Mówił do niej wśród obcych, dalekich ludzi, w noc na dalekim morzu, iż to jego jest wina, że nie umiał w niej widzieć li tylko tego, co jest pięknem, światłem, jasnością i kwiatem życia...
Posłyszał naraz, że płacze cicho.
— Pani Heleno!
— Niech mi pan da spokój!
— Pani Heleno, ja nie mówię dlatego, że pani płacze. Już mi to może jest nawet obojętne...
— Więc czego pan chce ode mnie?
— Zdaje mi się, że trzeba jeszcze jedną rzecz powiedzieć. Kto wie, czy nieświadomie nie po to właśnie przyjechałem tam z daleka... Cokolwiek jest, cokolwiek by się jeszcze stało, pani była jedyną, jasną pięknością w moim życiu. Mówię o tym wszystkim, bo to już umarło. Tęskniłem za panią długie lata do obłędu, do szału, zwidywały mi się pocałunki pani w chwilach... nie! Po co już o tym mówić!
— Więc co? Więc co?
Uczuł naraz, że nie wie, jak to powiedzieć, co myśli. Chciał ją właściwie prosić, zaklinać, aby pozostała piękną, taką, jak on ją widział w śnie swoim i we wspomnieniu, żeby przez pamięć, jak mu niegdyś była ubóstwiona, odrzuciła od siebie precz tę banalną ohydę życia, która ją kala i poniża, gorzej — pospolituje — i zrozumiał zarazem całą bezdenną śmieszność i głupotę podobnej prośby.
Z lekka położył dłoń na jej ręce. Drgnęła gwałtownie.