— Niech pani ręki nie cofa. Mówię z panią w tej chwili jak przyjaciel. Niech pani zapomni o tym, co powiedziałem. To było głupie i niepotrzebne. Pani ze względu na samą siebie powinna być piękną. Rozumie pani? Piękną! Nic więcej: piękną! Czemu pani taka nie jest?
Milczała przez chwilę.
— A kto temu winien, jeśli nie ty?
Głos jej był niski, nabrzmiały, jakby gdzieś z poza dalekich łez przychodzący.
Zamyślił się.
— Obawiam się, że jednak naprawdę ja winien nie jestem.
— Przecież ty wiesz, żem ja ciebie jednego kochała.
— Nie wiem tego.
— Nie obrażaj mnie! — krzyknęła.
Spojrzał jej w oczy.