— Jeśli tak było... — zaczął powoli.
Nie dała mu skończyć.
— Było tak. Nikt mnie nie znał takiej, jaką się tobie oddałam. Nie wstydzę się tego, co mówię. Kochałam cię. Tyś jeden mi był mężczyzną i w twoim tylko uścisku poznałam... co to jest... rozkosz...
Słowa te wyszły jej z gardła jakimś niskim, zdławionym szeptem, zaledwie dosłyszalnym wśród wyjącego wiatru.
Czuł, że fala ognia przelała mu się przez żyły i płomieniem wybuchła na czoło.
— Moja głupia próżność samcza — pomyślał sobie samemu na przekór.
— Wszakże wiesz, że i ja ciebie jedną kochałem — odrzucił jej głośno, siląc się na ton obojętny.
— I co ze mnie zrobiłeś? Mogliśmy być szczęśliwi, rozumiesz? Gdybyś był miał cierpliwość, gdybyś mnie nie był naglił106, zadręczał, gdybyś nie był uciekł przed dziesięciu laty tak głupio, dziecinnie, niepotrzebnie! I cóżem ja miała robić?
Milczał, nie znajdując odpowiedzi. Tego, co myślał, powiedzieć jej nie mógł. Zresztą nie miałoby to żadnego celu.
A ona zasunęła dłonie na twarz i mówiła cicho, jakby skarżąc się sama przed sobą: