— Koniec — pomyślał Turski i, nie wiadomo dlaczego, jakaś bezdenna gorzka żałość ogarnęła go całego.
Nie spostrzegł nawet w zadumie, jak minęli oświetlone ulice i zatrzymali się przed ustronnym domem. W dwóch oknach na dole błyszczało światło. Księżna podniosła się niespokojnie.
— Ochmistrzyni czuwa. Czy aby Iwonek nie chory...
Zwróciła się do Turskiego.
— Niech pan wejdzie ze mną na chwilę.
We drzwiach oddano jej czekającą na nią depeszę. Rzuciła na nią okiem i w milczeniu — wymownym ruchem podała otwarty papier Turskiemu.
Lekarz o znanym nazwisku telegrafował z Krakowa:
„Książę umierający. Chce widzieć żonę i syna”.
IX
Turski nie przyjął wyzwania Rohityna. Obydwu czarno ubranym panom, którzy do niego przyszli, oświadczył spokojnie ale stanowczo, że nie przypomina sobie zgoła, aby obraził czymkolwiek zacną osobę ich klienta, dla jego zaś urojeń nie ma zamiaru bawić się w mniej lub więcej krwawą, ale zawsze w tym wypadku śmieszną komedię pojedynku. Czarno ubrani panowie byli innego zdania, a młodszy i zapalczywszy z nich przebąknął nawet coś o „dalszych krokach”, jakie pan Rohityn „ewentualnie” będzie musiał przedsięwziąć, aby opornego przeciwnika zmusić do dania mu „satysfakcji”. Turski podniósł na niego twarde, stalowe oczy, a potem uśmiechnął się leciuchno kątami ust. Młody i zapalczywy pan zrozumiał snadź. Zamienił ze swym towarzyszem szybkie spojrzenie i oświadczył następnie, że „wobec tego” oni jako zastępcy pana Rohityna przyjmują do wiadomości, iż pan Turski nie miał go zamiaru niczym obrazić i mają nadzieję, iż klient ich będzie w ten sposób uważał sprawę za załatwioną.