Turski oświadczył zimno, że również ma tę niepłonną nadzieję.

Na drugi dzień Rohityn, spotkawszy w kawiarni Turskiego (który był wrócił z gór na pobyt do Zakopanego), przywitał się z nim uprzejmie i skorzystał z pierwszej sposobności w rozmowie, aby wyrazić radość z powodu usunięcia nieporozumienia, jakie między nimi zaszło.

— Czyż zaszło nieporozumienie? — rzekł Turski obojętnie, ruszając ramionami i sięgnął ręką po jakiś dziennik, leżący obok na stole.

— No, właściwie, widzi pan — mówił Rohityn — ja czułem się cokolwiek dotkniętym. Helena, to jest księżna — poprawił się — jest moją narzeczoną; prawdopodobnie już w jesieni się pobierzemy...

Turski powstał.

— Pan wychodzi?

— Nie, panie. Usiądę tylko przy innym stoliku, ponieważ nie mam zamiaru prowadzić rozmowy na temat pańskich... stosunków familijnych.

— Ależ panie!...

Zerwał się, twarz mu nabiegła krwią, oczy zabłysły groźbą i przerażeniem.

Turski położył mu na ramieniu rękę ruchem przyjaznym i dobrotliwym.