— Wie pan? Widziałam! Ot tu — taka duża dziura na skroni, oko jedno wysadzone, ust nawet nie zamknął. Brzydki był, och, brzydki był po śmierci!

Załkała krótko bez łez.

— Pani Ireno!

— Dzieciństwo. To już było tak dawno. Ale odtąd ja tak się boję o Helę... Mam zwidzenia, że ją ktoś zastrzeli albo zresztą inaczej zabije. I że będzie taka brzydka po śmierci... Początkowo niewiele o tym myślałam, lecz później, teraz... Staram się ciągle być przy niej...

— Pani czyha na jej śmierć?

— Nie, nie! A niechże mnie Bóg broni. Raczej nad jej życiem czuwam. To tak łatwo mogłoby się zdarzyć. Ktoś pijany albo doprowadzony do rozpaczy — bez jej winy, naturalnie — mógłby dobyć rewolweru, noża albo — bo ja wiem? — chwycić ciężką butelkę szampańską ze stołu... Dobrze, jeśli ja przy tym będę, abym mogła zbrodniczą rękę powstrzymać. A jeśli mi się już to nie uda, to przynajmniej oczy przerażone jej zamknę — krwawą, brudną ranę w tej pięknej głowie własnymi jej włosami zasklepię...

Zwróciła się wprost ku Turskiemu.

— Panie Romanie, czy pan myśli, że jej grozi niebezpieczeństwo? Czy ją może kto zabić? Tak się obawiam.

Turski zmarszczył brwi.

— Niech pani wraca do Warszawy — rzekł brutalnie. — Księżnej Helenie nic się nie stanie. Da sobie zawsze radę.