— I ja tak myślę! I ja tak myślę! — rzekła na pozór wesoło, ale w jej głosie zadrgał jakiś cień rozczarowania i znowu to okropne, bezradne znużenie...

Obok ścieżki wiodącej dnem wąskiej doliny u stóp Giewontu113, nad brzegiem huczącego po skałkach potoku, wśród buków, jesionów i górskiej jarzębiny, leżał stary, omszały pień zwalonej burzą jodły. Usiedli na nim odruchowo i oboje równocześnie. Słońce przechyliło się już ku zachodowi i cień lesistego grzbietu począł wypełniać wnętrze wąwozu. Wschodnie zbocze błyszczało jeszcze w słońcu, na ciemnej zieleni buków i czarności jodeł rdzawiły się liście jesionów, przedwczesnymi przymrozkami nocnymi powarzone.

Od wody potoku, od omszałych kamieni i ziół wilgotnych bił już przedwieczorny chłód...

Turski zamyślił się, zapomniawszy na chwilę o swojej towarzyszce. Naraz — jak gdyby sobie przypomniał, że jest ona ciągle tuż blisko przy nim — wzniósł głowę i zaczął jej się przyglądać badawczo, z ciekawością i zdziwieniem zarazem. Musiała być piękna, nawet bardzo piękna kiedyś. Znacznie niższa od księżnej Heleny, miała coś nerwowego w subtelnej i harmonijnej budowie, w ruchach ciało jej się wyginało linią doskonałą jak grzbiet skradającej się łasicy. Spod sukni wysunęła jej się nieco noga, wąska w kostce o stopie drobnej, rasowej, wysokiej w podbiciu.

Spojrzał na jej strzeliste, szczupłe ramiona, na przywiędłe lica, które niegdyś musiały mieć owal przecudny, dziś nazbyt znaczącymi się kośćmi twarzy zepsuty, na oczy jej czarne, znużone, a jeszcze przedziwnym, gorączkowym ogniem błyszczące.

— Niepotrzebnie włosy utleniła — pomyślał. — Po­winny być czarne jak chmura. A może to zrobiła dopiero wówczas, gdy tamta poczerniła swoje? Aby nie być do niej nawet barwą włosów podobną?

— Dlaczego mi się pan tak przypatruje? — spytała naraz, poruszywszy się niespokojnie pod jego badawczym spojrzeniem.

Miast odpowiedzieć, zapytał, nie spuszczając z niej oka:

— Po co mi pani to wszystko opowiadała?

Spuściła skromnie wzrok ku ziemi.