— Mój Boże, tak się jakoś złożyło...

— A więc bez celu?

Ruszyła114 ramionami, ale zaraz podnosząc głowę, uśmiechnęła się swoim zwyczajnym, trochę sztucznym uśmiechem.

— Pan mnie nic nie miał do powiedzenia, więc musiałam ja panu...

— Nie rozumiem.

— To takie proste. Wszyscy, to jest ci wszyscy z otoczenia Heli mają do mnie zupełnie nadzwyczajne zaufanie. Nie lubią mnie, wiem, choć nie rozumiem dlaczego, lecz gdy mnie który spotka, zwierza się natychmiast, opowiada o swojej miłości... do niej, do niej! Skarży się, wylewa łzy, paskudne, śmieszne męskie łzy przede mną, prosi o radę. Ha, ha, ha! A ja muszę wszystkiego wysłuchać, pocieszyć, współczucie okazać. Pan wie, że mnie mają za mężatkę, wdowę, rozwódkę — więc się nie krępują. Bardzo ciekawych rzeczy dowiaduję się czasem. Och! Jakież to wszystko obrzydliwe!

— I pani się dziwi, że ja nic nie mówiłem?

Przypatrzyła mu się badawczo i zrobiła nieokreślony ruch głową.

— Nie miałbym nic do powiedzenia — dodał po chwili — nic ciekawego, niech mi pani wierzy.

Nie odpowiadała. Przechyliła się w tył, na głaz tuż za zwalonym pniem sterczący i oparłszy się oń barkami, patrzyła wciąż z natężeniem w twarz Turskiego. Ale on zauważył, że ona go wcale nie widzi. Był w tej chwili tylko przedmiotem, przypadkowym punktem oparcia dla jej oczu, aby błąkając się, nie przeszkadzały chwytanymi obrazami jakiejś jej myśli uporczywej i samotnej. Miał wrażenie, że ma przed sobą lunatyczkę czy kobietę w hipnozie pogrążoną, oczy jej powlokły się jakimś szkliwem — spoza rozchylonych nieco warg błyszczały drobne, równe, białe zęby...