— Pani Ireno — szepnął, chcąc przerwać ten przykry stan.
Nie poruszyła się wcale, jeno brwi jej ściągnęły się z lekka, jak gdyby szukała czegoś w pamięci z natężoną uwagą.
Naraz zadrżała gwałtownie całym ciałem, jakby pod wpływem wstrętu czy przestrachu.
— Co pani jest? — zapytał z mimowolnym niepokojem.
Spojrzała nań przytomniej.
— Zimno mi, och, zimno...
Pochylił się nad nią, aby ją odziać zsuniętym z ramion szalem.
I naraz — zatrzęsły się w nim wszystkie nerwy jakimś przewrotnym prądem pożądania: pociągnęły go jej malowane usta, zwiędłe pod warstwą bielidła policzki, zapadłe, podczernione oczy lunatyczki...
Nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robi, chwycił jej wątłą postać w ramiona i przywarł ustami do jej szyi.
Sprężyła się i krzyknęła przeraźliwie z przestrachu i zdumienia — w tejże jednak chwili opuściła bezwładnie ramiona po bokach i przymknąwszy oczy, szybkim ruchem głowy podała mu rozwarte nieco, wilgotne, pragnieniem drgające wargi.