Nieoczekiwana, nieprzeczuta słodycz rozeszła się po żyłach Turskiego. Te usta nie całowały go same, lecz poddawały się pocałunkom jego przedziwnie, chłonęły je, łasiły się koło jego twarzy, miękkie, chłodne, niespodziewanie pachnące i żądne.

Obłąkanie go ogarnęło. Zsunął wargi po jej licu na szyję i cisnąc ją ramionami ku sobie, prawie bezwiednie targnął zębami zapięcie lekkiej różowej bluzki...

Jęk czy westchnienie wydarło jej się z ust, ruchem ramion wyrzuciła z rozerwanego odzienia dwoje piersi drobnych, krągłych, świeżych jak u młodego dziewczęcia, czystą, szlachetną krwią w ukryciu pachnących.

Przypadł do nich nienasyconymi wargami, znacząc krwawe piętna pocałunków na białej, nieskazitelnej skórze.

Krew zaczynała mu słonić115 oczy...

Nagle pani Irena odepchnęła go obiema rękami od siebie tak silnie i niespodziewanie, że się zatoczył i upadł na jedno kolano.

Wróciła mu przytomność, spojrzał na Irenę z przerażeniem. Stała przed nim wyprostowana, z szeroko rozwartymi oczyma, bledsza jeszcze niż zazwyczaj, mimo że puder z jej lic starł swymi pocałunkami.

Ogarnęło go zmieszanie i wstyd, chciał coś powiedzieć — usprawiedliwiać się, czy przepraszać — czując równocześnie, że wszystko będzie zarówno głupie jak bezsensowne.

Ona patrzyła przez chwilę na niego, jak klęczał bezradnie na jednym kolanie — tak jak był upadł116 — i naraz wybuchnęła zupełnie wariackim śmiechem. Śmiały się jej oczy, śmiały się usta — zanosiła się, dusiła się spazmami niepohamowanego śmiechu.

Zerwał się na nogi.