— Pani Ireno!
— Ach, ach, ach! A więc nareszcie! Całował mnie jej dawny kochanek, tak jak tamten — mój — ją niegdyś musiał całować! Och!
Zakryła oczy rękoma i nie oglądając się za siebie, odbiegła szybko.
Gdy znikła w gęstwinie, zdawało się Turskiemu, że słyszy jeszcze łkanie, coraz bardziej się oddalające.
Został sam.
Wieczór już zapadał; chłodno było naprawdę. Machinalnym ruchem wyciągnął zegarek.
— Szósta...
Przypomniał sobie, że za pół godziny ma decydujące zebranie w sprawie swojego teatru. W pierwszej chwili skrzywił się z niechęcią. Iść w tę zgraję ludzi, co zdążyli mu już obrzydnąć najgruntowniej i słuchać znowu głupstw, wygłaszanych z niesłychaną powagą, oglądać znowu dostojne rybie oczy pana Jutrasinkiewicza, który każde przemówienie zaczyna jednakowo: Ja państwu bynajmniej swojego zdania nie narzucam, lecz... — i w końcu obraża się, gdy zgromadzenie uchwali coś wbrew temu zdaniu jego, którego niby nie narzucał; nie! Dość, dość, już dość tego!
Otrząsnął się ze wstrętem jak pies, który przebiegł przez zimną wodę, i szedł dalej, zupełnie mimowolnie układając sobie w głowie plan całej kampanii na tym nudnym zebraniu. Wyszukiwał zwrotów, których trzeba użyć, dobierał argumentów, przygotowywał sposoby odparcia przypuszczalnych zarzutów — wszystko, aby nareszcie ci ludzie pozwolili mu wyświadczyć sobie dobrodziejstwo z zachowaniem pozorów, że to oni sami pewnego społecznego i kulturalnego czynu dopełniają.
Z tego stanu rzeczy zdawał sobie najzupełniej sprawę. Ale uśmiechał się pobłażliwie nad sobą samym. Wszakże przez tyle lat był przerażająco praktyczny i wyrachowany — dlaczegóż by teraz nie mógł sobie wreszcie pozwolić na fantazję zrobienia czegoś... wprost przeciwnego?