Nie spostrzegł nawet, kiedy i jak myśli jego wzięły inny obrót. Po pewnym czasie dopiero zauważył ze zdziwieniem i złością, że rozmyśla o rozmowie z panią Irą i o tej scenie ostatniej, której wspomnienie napełniało go uczuciem nieznośnego wstydu. Co go właściwie opętało? Co skusiło? Jak można było w ten sposób...
— Ech! — warknął z zawziętą niechęcią i przyspieszył kroku na leśnej ścieżynie, potykając się w cieniu o wystające wśród kamieni korzenie smreków.
— Ostatecznie musiała być jakaś wewnętrzna przyczyna — próbował rozumować spokojniej — która w danej chwili pchnęła mnie do zrobienia tego nadzwyczajnego i śmiesznego głupstwa. Nie uświadamiałem jej sobie wówczas i teraz jeszcze nie mogę jej znaleźć. Ani wyglądem swoim, ani zachowaniem pani Irena nie mogła wywołać u mnie jakiegoś zaćmienia zmysłów, boć przecie o czymś więcej nie może być nawet mowy, gdy ja jej prawie nie znam. Więc cóż? Litość wywołana jej opowiadaniem? Ale przecie człowiek zdrowy na umyśle — a za takiego chcę jeszcze uchodzić — z litości nie rozrywa kobiecie sukni pod szyją i nie zjada warstwy pudru z jej twarzy? Parsknęła mi śmiechem w oczy: ty, tamtej dawny kochanek...
Doznał naraz wrażenia, że pod ciemnymi drzewami tuż nad jego ramieniem jak cichy, szary ptak nocny — sunie myśl Poleskiego. I znowu te dziwne, raz już słyszane słowa, bez głosu wprost w duszę mówione:
— Głupcze, głupcze! Hipokryto! Przecież ty ją całowałeś z nienawiści do tamtej, o której twierdzisz, że ci jest już obojętna!...
— Więc cóż? — odparł Turski myślom — Jeślibym jej nawet nienawidził...
— Ha, ha, ha! Ha, ha, ha! — śmiał się cichy, szary ptak, wciąż nad ramieniem jego lecący. — Nienawiść to śliczne słowo, taka doskonała, blaszana pokrywka na różne inne rzeczy. Widzisz, ja także kobiet nienawidziłem...
— Cóż to ma do rzeczy?
— Nic — szydził cień — tylko że jesteś podobny do żaka, który, nie znalazłszy łaski u ukochanej panienki, z bajronicznym gestem „kala się w rozpuście”, ściskając spotkaną w sieni pokojówkę. A często jeszcze od niej dostaje po nosie. Och, Romanie Turski! Och, Romanie Turski, któryś z Azji „nowym człowiekiem” powrócił!
Zatrząsł się i pędem prawie wybiegł z lasu na otwarte pole.