Na przekór sobie, z uporem i zawziętością zaczął znowu myśleć o czekającym go zebraniu, które go w tej chwili właściwie nic nie obchodziło.
— Po co mi teatr budować — ironizował — kiedy sam teatr robię i to jeszcze ze strony lichej komedii?
Ale w duszy było mu naprawdę smutno i nad wyraz głupio.
Naturalnie — spóźnił się. Pełno już było w dużej, drewnianej sali, której zwykłe przeznaczenie dawały niedwuznacznie poznać ściągnięte pod pułap na linach gimnastyczne przyrządy. Ponieważ światło elektryczne tego dnia „wyjątkowo odmówiło” (co mu się zresztą dość często zdarzało), paliły się po kątach jakieś stare lampy naftowe, z których jedna uporczywie i nieuleczalnie kopciła.
A na podium, za stołem, nieodzownym zielonym suknem przykrytym, stał pan Jutrasinkiewicz i przemawiał.
Turski zdziwił się trochę, że obrady rozpoczęto bez niego, ale ostatecznie nie mógł wymagać, aby czekano, gdy na czas nie przyszedł. Usiadł cicho na jednym z wolnych krzeseł i słuchał.
Jutrasinkiewicz, spostrzegłszy, że wszedł, chrząknął z powagą, cofnął w tył lewą nogę, a wysunął natomiast prawą, w również srodze żelazem okuty but ubraną, przesunął dłoń na piersiach o jeden guzik wyżej — i po niewielkiej pauzie cienkim głosem eunucha117 zaczął widocznie resumé118 swego przemówienia.
— Otóż ja państwu zdania swojego nie chcę narzucać, ale mniemam, że w Zakopanem teatr nie jest jeszcze potrzebny. Dobrze jest bawić się sztuką, ale na razie są rzeczy ważniejsze. Przede wszystkim trzeba spełnić obowiązek społeczny: starać się o tężyznę fizyczną, która niewątpliwie przyczyni się do podniesienia ducha narodowego. Tutaj nie powinno się znajdować nic takiego, coby oczy przyjezdnych odwodziło od Tatr. Ta skalista pustynia powinna nam się stać szkołą życia... Wyłożyłem już obszernie w swym przemówieniu, jak to rozumiem. Żałuję, że pan Turski, lekceważąc nas i sprawę, spóźnił się i nie słyszał tego. Trzeba nam iść tam w góry, na trudy i niebezpieczeństwa, wyrabiać w sobie hart, odwagę i siłę woli. To jest moje zdanie, którego zresztą państwu nie narzucam. Otóż tu jest pole do działania. I dotąd wprawdzie ludzie w góry chodzili, ale nie tak, jak trzeba. Myśmy właśnie zawiązali towarzystwo (którego prezesem mnie raczono wybrać), celem uprawiania racjonalnej turystyki letniej, zimowej, wiosennej i jesiennej, pojętej jako tyleż kategorii służby społecznej. Bo proszę ja panów, każda pora roku przynosi z sobą pewne...
— Tośmy już słyszeli! — przerwał mu zgoła niegrzecznie jakiś głos z głębi.
Pan Jutrasinkiewicz zdziwił się, oniemiał na chwilę i zaczął znowu nie bez pewnej melancholii w głosie: