— Więc dobrze. Nie będę powtarzał, choć to są rzeczy nadzwyczaj ważne. Streszczę się. Towarzystwu wzmiankowanemu brakuje jeszcze wielu rzeczy, dla których zdobycia są potrzebne środki materialne. Jeśli tedy pan Turski chce być ofiarnym dla dobrej sprawy, to... niech rozważy to, co powiedziałem. Takie jest przynajmniej moje zdanie, którego zresztą nie narzucam nikomu... Gdyby jednak panowie sądzili inaczej i wbrew mojej radzie postanowili teatr tu utworzyć, ja — jak nigdy nie wymawiam się od służby publicznej — tak i teraz, mimo mnóstwa zajęć i istotnego braku czasu, gotów jestem dla dobra ogółu wziąć udział w projektowanym komitecie, bez względu nawet na to, czyby mnie panowie zaszczycili w nim stanowiskiem przewodniczącego, czy też jaki skromniejszy nałożyli obowiązek. Ja, proszę panów, nie mam osobistych ambicji, lecz pragnę tylko zawsze wedle sił służyć dobru społecznemu.
Huczne oklaski były oznaką, że nienarzucane nikomu zdanie miało w zgromadzeniu pewną, nie tyle liczną, ile głośną grupę zwolenników.
Turski uczuł, że mu się chce spać — i że sprawa teatru stała mu się w karygodny sposób diabelnie obojętną.
Na podium wystąpił mały człowieczek o żywych ruchach z płonącym, przenikliwym okiem. Turski poznał jednego z miejscowych lekarzy, inteligentnego i gorącego zwolennika swej myśli. Zrobił mimowolny ruch, jakby go chciał powstrzymać od bezcelowego przemawiania, ale się opamiętał, że tego przecież nie można.
Lekarz mówił żywo i z zapałem. Tłumaczył, że stanowisko pana Jutrasinkiewicza, „który zresztą jest bardzo godny i szanowny człowiek” (Brutus is an honourable man!119), w tym przypadku nie da się utrzymać. Turystyka swoją drogą, a swoją drogą teatr! Pan Turski, mogąc zrobić sam, wzywa nas do współudziału... Chodzi o to, aby się stał wielki czyn kulturalny... Mamy zadokumentować, że chcemy, aby tu stworzono idealną „świątynię sztuki” dla całej Polski, że rozumiemy jej potrzebę i znaczenie. O kapitał troszczyć się nie potrzeba — pan Turski daje go do rozporządzenia, zastrzegając sobie tylko odpowiedni wpływ na kierownictwo...
— Otóż to! — wtrącił półgłosem ze swego krzesła pan Jutrasinkiewicz z gestem beznadziejnym i boleściwym...
— Ciekaw jestem, czy ona świadomie od początku dawała mi się całować jako dawnemu wielbicielowi tamtej — myślał Turski, straciwszy z uwagi wątek dalszego przemówienia lekarza...
Dziwna ociężałość spadła mu na powieki. Widział poprzez rzęsy kopcącą lampę w kącie; w uchu dźwięczały mu głośne słowa mówcy, nie oznajmując się jednak w mózgu żadnym sensem.
— Po co ja tu przyszedłem?... Aha, niepotrzebnie wszcząłem tę rozmowę w automobilu... Jestem ciągle śmieszny od chwili, kiedym tu przyjechał... To jeszcze doktor przemawia... Kto by powiedział, że ona włosy farbuje; wyglądają, jakby były z natury czarne.
Drgnął i wyprostował się w krześle.