Doktor skończył właśnie mówić, rzuciwszy na ostatek gorące wezwanie do obecnych, aby poparli usiłowania pana Turskiego, wezwanie, które zresztą bardzo słaby odgłos znalazło — po czym miejsce jego przy zielonym pulpicie zajął jakiś młody człowiek o bardzo stanowczej fizjonomii i mocno rozwichrzonych włosach.

Pojawienie się jego powitano długotrwałymi oklaskami, które zgłuszyły słabe brawa, jakie doktor za przemówienie swoje otrzymał.

On zaś — młody człowiek, o minie srogiego lwa — poszukał płonącymi oczyma wśród siedzących Turskiego i zwrócił się, jakoby wprost ku niemu.

— Czego pan Turski od nas chce? — mówił. — On chce po prostu, żebyśmy mu pomogli zrobić karierę! Wiemy, że był niegdyś literatem, a gdy nie znalazł powodzenia w tym zawodzie, gdy społeczeństwo odrzuciło z niechęcią, że nie powiem wzgardą, jego poetyckie elukubracje120 bez sensu i głębszej myśli, gdy się przekonał, że na tej drodze ani wieńca laurowego, ani groszy nie znajdzie, wyrzekł się pierwszego, a po drugie pojechał podobno gdzieś do Azji, przerzuciwszy się z lekkim sercem do mniej patetycznego, ale intratniejszego121 za to zawodu kupca. Nie wiemy niestety — a może na szczęście? — jakimi środkami grosz tam zdobywał, czyją krew, czyj pot na złoto zamieniał, ale ostatecznie wrócił tutaj człowiekiem, jak sam twierdzi, majętnym122. Nie mam powodu wątpić o tym, pytam się jednak, po co wrócił? On sam odpowiedziałby prawdopodobnie, że zatęsknił, jak się to mówi, za ojczystą ziemią, macierzystym językiem, bratnią dłonią, siostrzaną łzą — i tak dalej, że zapragnął pracować między swoimi i dla swoich — znamy te wszystkie piękne i puste frazesy! Ja powiem, dlaczego pan Turski wrócił! On sobie przypomniał o wieńcu laurowym, którego znowu tam w Azji nie mógł zdobyć. On ma już pieniądze i chce teraz jeszcze zostać wielkim człowiekiem, o ile możności dobroczyńcą kraju, ojczyzny, społeczeństwa! Ale ludzie, którzy mają pieniądze, lubią robić dobrodziejstwa w ten sposób, aby się oni sami trochę zabawili — toteż pan Turski, nieszczęśliwy literat i kupiec szczęśliwy, nie pomyślał o wybudowaniu szpitala, nie ofiarował swego, nieznanymi nam środkami zdobytego kapitału na jakiś fundusz agitacyjny politycznej partii na przykład, na oświatę ludową, na przytułki dla bezrobotnych, lub w ogóle na coś rzeczywiście pożytecznego, lecz pomyślał za to o budowie teatru! Pański i estetyczny pomysł, znać dawnego, zbogaconego na kupiectwie literata i podobno szlachcica! Znajcie mnie! Nie chcieliście dawniej moich sztuk wystawiać, teraz ja sam je sobie będę wystawiał w moim własnym teatrze! A przy tym — przyjemna zabawa, aktoreczki, coś tam... Wiemy, wiemy! Te wszystkie jego fantazje i plany mogłyby nas ostatecznie nic nie obchodzić, gdyby nie chytrość jego, dalibóg zbyt daleko już posunięta. Pan Turski chce, abyśmy właśnie my zbudowali teatr za jego pieniądze. Chce naszej firmy, chce uświęcenia przez społeczeństwo swojej, do niczego mądrego nieprowadzącej zachcianki... Hola, panie Turski! Nie tędy droga — i społeczeństwo nie da się brać na kawał! Gdy lud zapragnie teatru, to sobie go zbuduje sam, a twoich krwią i potem ociekłych groszy azjatyckich nikt nie potrzebuje... Baw się na swój rachunek i pod własną firmą — my zachowamy sobie nie skrępowane niczym prawo sądu o tym, co będziesz robił — i skorzystamy z niego w razie potrzeby!...

Pienił się i rzucał, i mówił tak coraz zapalczywiej, gniewając się nad miarę i potrzebę, zwłaszcza że nikt mu nie oponował.

Turskiego przemówienie to zaciekawiło istotnie. Słuchał tak, jakby to nie o niego chodziło w tym przypadku: podziwiał sofistyczną wprawdzie ale niezaprzeczoną logikę mówcy, umiejętność działania na słuchaczy i zręczność, z jaką każdą okoliczność umiał wyzyskać, każdy fakt do swego sposobu przedstawienia rzeczy nagiąć, każdy zamiar przeciwnika (Turski nie wiedział, czemu on jest tym przeciwnikiem) w złym świetle przedstawić.

Ta formalna strona mowy tak go zajęła, że nie miał nawet czasu zdziwić się tą napaścią, ani zastanowić nad jej pobudkami. W istocie bowiem tego człowieka nie znał, nic mu złego nie zrobił ani nie poczuwał się w sumieniu do żadnej zbrodni wobec tego społeczeństwa, którego on tak zajadle bronił.

Młody człowiek skończył nareszcie mówić i z miną dumną otarł pot z uznojonego czoła. Zaległa chwilowa cisza. Snadź nawet zwolennicy jego wahali się ze zbyt hałaśliwym wyrażeniem oklaskami swego uznania ze względu na obecność Turskiego.

Wtedy Turski powstał z miejsca i skłoniwszy się lekko w stronę znużonego mówcy, dał mu sam krótkie brawo, które rozpętało w jednej chwili niebywałą burzę oklasków. Ci jeno, co bliżej Turskiego stali i spostrzegli, że on pierwszy w dłonie uderzył, sykali z pogardą, patrząc na niego i mówili dość głośno, aby mógł słyszeć, że to jest bezwstyd i wyzywająca bezczelność z jego strony, za którąby mu się właściwie nauczka porządna należała.

Turski poszedł do domu, straciwszy najzupełniej ochotę przemawiania na tym, przez siebie samego zwolanym zebraniu.