— Mógł się pan mnie zapytać — wtrącił chudy, który zostawszy niedawno recenzentem w jakimś dzienniku, uważał się za osobę bezpośrednio i ważnie z teatrem złączoną, a przeto nader kompetentną w sprawach repertuaru, aktorek, dekoracji, dramatów, reżyserii i wszelkich innych rzeczy.

— Nie było pana pod ręką. Otóż staję na rogu i czytam afisz. Zasłania mi ktoś stojący przede mną. Poglądam przez jego ramię: Wiosenne dziwy. Pasja mnie wzięła, bo to, panie, grywają już od dziesięciu lat, a ja myślałem, że będzie co nowego...

— Dziś niedziela — odezwał się recenzent. — W niedzielę dyrekcja nowych sztuk nie daje, bo...

— Nie przerywaj pan, panie Koper!

— Więc cóż dalej?

— A nic. Zakląłem z cicha: mogliby już raz tym wiosennym dziwom dać spokój! A ten jegomość, co stał przede mną, odwraca się i mówi z uśmiechem: I ja tak myślę. — No i co powiecie, panowie, był to Turski, autor Wiosennych dziw, czy dziwów, czy jak się tam mówi!

— Przyjechał pewno po tantiemy17— rzekł Koper, uśmiechając się jedną połową ust.

Poleski przysunął się.

— Czekajno, pan. To takie mało prawdopodobne. Czy to nie był kto inny? O Turskim od dziesięciu lat zaginęły wieści...

— No i znalazł się! — rzekł Merser z triumfem, jak gdyby on był Stanleyem, który z narażeniem życia odszukał Livingstone’a18.