Wreszcie po południu księżna wpadła do pokoju, zarumieniona ruchem, z błyszczącymi spod odrzuconego woala oczyma. Przyklękła od razu z oznakami najżywszej tkliwości przy łóżku chorego.
— Biedaku! Taka jestem niedobra — mówiła — na cały dzień cię zostawiłam samym! Czy bardzo się na mnie gniewasz?
Książę usiłował uśmiechnąć się grzecznie martwiejącymi ustami.
— Dziękuję ci, że przyszłaś — wyszeptał z trudem. — Chciałem właśnie...
Przerwała mu.
— Wiesz, zamówiłam sobie śliczny płaszcz, koloru starego złota...
— Niedobrze. Byliśmy rozwiedzeni, ale wypada, żebyś po mnie nosiła żałobę. Ze względu na syna...
— Ależ ty nie umrzesz przecie!
— Umrę. I właśnie dzisiaj, kiedy jestem silniejszy, może już ostatni raz, chciałem z tobą kilka słów...
Spojrzał na lekarza, jakby mu pragnął dać wzrokiem do zrozumienia, że chce być sam na sam z żoną. Lekarz się zawahał; spostrzegł, że księżna ziewnęła ukradkiem.