— Nie, nie! Daj spokój. Będziemy jeszcze mieli dużo czasu. Odpocznij lepiej. Ja muszę wyjść na chwilę, zobaczyć, co robi Iwonek.

Wybiegła z pokoju, jak ptak, jeno fala światła wpadła przez rozchylone na moment drzwi do zaciemnionego zasłonami u okien wnętrza.

Książę zwrócił przygasłe naraz oczy na lekarza.

— Panie profesorze, czy pan myśli... że ja jutro... będę jeszcze żył?... Chcę z księżną kilka słów...

Lekarz udał rozweselonego pytaniem.

— Ależ co książę sobie myśli! Mam jak najlepszą125 nadzieję, że przed zimą wstaniemy z łóżka i będziemy jeszcze w ciepłym jesiennym słońcu spacerowali po plantach!

Chory przeczył głową niecierpliwie.

— Niech mnie pan nie okłamuje. Ja przecież wiem...

Następnego dnia, po bezsennie spędzonej nocy, kiedy serce co chwilę w piersi się zatrzymywało, uderzając potem z nagłym wysiłkiem w skruszałe żyły, niespokojny był od samego rana. Dopytywał ciągle o żonę i niecierpliwił się, że nie przychodzi, a wreszcie prosił lekarza, aby komuś ze służby polecił ją wezwać.

Księżna nie wychodziła tego dnia z domu. Zamknęła się tylko w jednym z dalszych pokojów, napisała kilka listów, których jej nie spieszno było wysłać na pocztę, potem przerzucała — nie czytając — nowości, wczoraj z księgarni przysłane, szlifowała długo paznokcie, wspominając z żalem o zostawionej w Zakopanem garderobianej, która zazwyczaj rolę manikury u niej pełniła, przewracała wreszcie stosy jedwabnych pończoch, wziętych ze sklepu do wyboru, namyślała się długo nad barwą każdej pary, przyglądała jej się pod światło, w cieniu i na śnieżnym podłożu swej skóry...