— Co ci? — zaniepokoiła się.

Chory nie odpowiedział. Rysy twarzy ściągnęły mu się kurczowo; spod opadłych na źrenice powiek woskowych i przejrzystych wyglądały tylko skrawki białka oczu, i nabiegłego krwią; usta rozwierały mu się, chwytając powietrze, jak u ryby na piasek wyrzuconej. Suchymi palcami błądził po piersi...

Księżną ogarnął lęk. Uniosła się z siedzenia i rzuciła wkoło bezradnym spojrzeniem, jakby oczekując pomocy. Była sama w pokoju z człowiekiem snadź umierającym... Z lekkim okrzykiem zwróciła się ku drzwiom, chcąc zawołać lekarza.

Książę odetchnął głębiej i zatrzymał żonę ruchem ręki.

— Zostań. Już przeszło...

— Nie, nie! Zawołam doktora.

— Nie chcę. Muszę jeszcze mówić z tobą. Taki ból straszny... tu w piersi...

— Uspokój się. Może ci podać jakie lekarstwo?

Patrzyła zakłopotana na flaszki, stojące obok łóżka, nie umiejąc sobie zdać w tej chwili sprawy, co właściwie zawierają.

— Nic nie potrzeba. Mówię ci, że już przeszło. Otóż w testamencie... Siadaj... W testamencie zapewniam ci dożywocie na większej części majątków... Iwona, i opiekę nad nim — dopóki... będziesz wolna.