On tymczasem uśmiechnął się do swojej myśli.
— Pomyśl pan teraz, że w jakąś słoneczną, przedwieczorną godzinę zbierają się widzowie w moim teatrze. Scenę zalega mrok; świateł nie kazałem zapalać, majaczą tylko na niej czarne gałęzie smreków, ustawionych po bokach zamiast kulis i dekoracji... Naraz tylna ściana się rozwiera — i jako przedłużenie sceny, ukazuje się ta łąka, a za nią wzgórza lesiste, a za niemi ozłocone zachodzącym słońcem Tatry... A w nocy mogę otworzyć teatr na gwiazdy i na księżyc...
— Zimno będzie — wtrącił Malinowski.
— Dam każdemu kołdrę! — krzyknął Turski z pasją...
— W zimie i to nie pomoże.
— Na zimę mam taflę szklaną!
— Bardzo ładnie, bardzo ładnie. Ale co to za uciecha będzie dla widzów, gdy za tą taflą ujrzą gapiów, cisnących się, aby widowisko podglądać, w baranich kożuchach, z nosami o szkło rozpłaszczonymi...
— Cała łąka będzie ogrodzona.
— Aha. W lecie aktorzy będą musieli mieć tuby, aby ich na widowni słyszano, gdy głąb sceny będzie otwarta... Ja to wiem z praktyki, jak głos w takich sytuacjach ucieka. A przecież będą musieli przekrzyczeć hałasy z zewnątrz dochodzące, ryk bydła, turkot wozów na gościńcu w dole, melodyjne echa pijanych śpiewek góralskich...
Turski chodził zły po pokoju.