— Jakoś to będzie.
— Pewnie, pewnie; pan ma pieniądze. Dekoracja w każdym razie prześliczna. Tylko dziwię się, że pan przed chwilą nastawał na wywoływanie złudzeń rzeczywistości na scenie, a teraz sam...
— Nie! — przerwał Turski. — Ja złudzeń nie wywołuję, nie udaję rzeczywistości, ale wciągam ją żywą do teatru, gdy mi tego potrzeba.
— Ano, można i tak. Więc wszystkie sztuki, w pańskim teatrze wystawiane, będą się dziać w górach, zimą w zimie, latem w lecie, dniem we dnie, a nocą w nocy. Któż to panu takie sztuki będzie pisał?
— Nie mam zamiaru wyłącznie i zawsze korzystać z tego urządzenia.
— Pańska fantazja, śliczna pańska fantazja! Mojemu Zarembie to by się spodobało, — zakończył dyrektor i postanowił w duchu zaczekać, aż teatr Turskiego zbankrutuje lub sprzykrzy się właścicielowi i dopiero wtenczas objąć go w dzierżawę. Obliczał w myśli, ile będzie musiał włożyć w to cudactwo, aby je przerobić na przyzwoity, europejski teatr nowożytny.
Zarembie za to — jak przewidział Malinowski — rzeczywiście podobały się fantastyczne plany Turskiego. Widywali się często w Krakowie, gdzie Turski przyjeżdżał osobliwie131, aby z dawnym dyrektorem rozmawiać. Przy pierwszych spotkaniach był on powściągliwy i małomówny, jak gdyby nieufny, ale w miarę, jak dzieło postępowało i nowe pomysły się rodziły, stary pan ożywiał się coraz więcej i nawet zapalał. Jakaś młodzieńcza, niepożyta siła promieniowała z niego wtedy, przygasłe, badawcze oczy nabierały szczerego blasku, usta się uśmiechały z przedziwną, głęboką miłością dla sztuki: rzucał nowe myśli, podsuwał projekty, ożywiał, zachęcał, podpierał, chociaż nie łudził, że przedsięwzięcie jest dosyć szalone i o wiele rzeczy trzeba będzie ciężko walczyć, wiele przezwyciężyć, w wielu może nawet ulec.
Wytworzyła się między nimi na tym gruncie serdeczna zażyłość. Były takie wieczory w długie jesienne szarugi i później, gdy śnieg już zaczynał prószyć, że siedzieli we dwóch całymi godzinami, rojąc i licząc, budując i śniąc zarazem, a zawsze tworząc. Zaremba, człowiek olbrzymiej i wytwornej kultury, znał doskonale Zachód, umiał niejako na pamięć wszystkie jego teatry, pochłonął całą dramatyczną literaturę Europy, od najdawniejszych greckich tragików począwszy aż do doby współczesnej. Z wyszukanym smakoszostwem artystycznym pomagał Turskiemu układać program tak zwanego repertuaru, a raczej układał go sam za niego: przypominał rzeczy zapomniane i cenne, wyszukiwał arcydzieła nieznane, w sztukach ogranych i lekceważonych pokazywał piękno, kreśląc plan ich nowej, a naprawdę jedynie słusznej inscenizacji. A potem sięgał do swoich tek i wydobywał rękopisy dramatów, komedii, widowisk autorów nieznanych, których nikt nie chciał wystawiać od czasu, gdy on przestał być dyrektorem. Były tam nieraz rzeczy dziwaczne i niespodziewane, ale uderzające śmiałością pomysłu, poczuciem życia sceny nadzwyczajnym, nigdy nie banalne, zawsze zaciekawiające.
Autorowie, odpędzeni od progów oficjalnych „przybytków sztuki”, często wyśmiani, składali te manuskrypty wzgardzone w jego ręce.
— Ależ ja nie jestem dyrektorem! — mawiał wtedy Zaremba.