— Nie potrafię, a zresztą... nie chcę. Boję się, że zrobiłbym to niedoskonale, może nawet niedołężnie; nie ufam już sobie, a mam jeszcze dość miłości własnej...
Więcej nie było o tym mowy.
Z częstych rozmów z Zarembą zyskiwał Turski niezmiernie wiele i tym goręcej pragnął, aby on objął artystyczne kierownictwo jego teatru. Ale stary pan odmawiał niezmiennie i stanowczo.
— Owszem, pracować z panem jestem gotów — rzekł mu raz — ale tylko, że tak powiem, jako nieoficjalny doradca. Zobaczy pan, że i tak mnie będą robili odpowiedzialnym za niepowodzenia, jakich pan dozna.
— Czyż muszą być niepowodzenia?
— Muszą, panie Turski, muszą! Na to niech pan będzie przygotowany. Program pański i artystyczną działalność będą krytykowali bez litości — ci wszyscy, których pan do współkierownictwa nie zawezwał, gdy im się zwidziało, że są do tego powołani. A ponieważ takich będzie daleko więcej, niż tych, których pan istotnie może potrzebować, ergo133 — et cetera134!
— Niech będzie. Wytrzymam.
— Do przedsiębiorstwa będzie pan grubo dopłacał...
— I na to jestem przygotowany.
— Tak... rozporządza pan znacznym bardzo kapitałem, ale i to się w końcu wyczerpie.