— Ha, trudno.
Zaremba się roześmiał.
— Tak było ze mną. Wie pan, przypomniało mi się zdarzenie... Spotkałem niedawno po długiem niewidzeniu jednego z naszych wielkich pisarzy dramatycznych, w wiecznej biedzie żyjącego. Pan go zna zresztą... Otóż rozmawiamy o różnych rzeczach. Pyta się mnie w końcu, czy nie myślę o objęciu jakiegoś teatru na własną rękę. Mówię, że nie mogę. — „Dlaczego?” — Bo nie mam pieniędzy. — Widzę uśmiech niedowierzania. — „Jak to? Naprawdę już nie masz?” — Nie mam. — „Nic?” — Nic, mówię. Odetchnął z ulgą. — „Nareszcie! Jesteś teraz artystą!” — i rzucił mi się z rozrzewnieniem na szyję! Był dumny, bo pierwszy raz w życiu kupił mi wtedy flaszkę wina.
Śmiali się obaj i obliczali w przybliżeniu, kiedy Turski przy swoim przedsięwzięciu zostanie „nareszcie artystą”.
Zresztą dość było takich, którzy mu usiłowali pomóc do tego w jak najkrótszym czasie. Po prostu nie mógł się opędzić tabunom aktorów płci obojga, którzy chcieli się angażować u niego — za bajeczne sumy naturalnie, dekoratorom, mechanikom, doradcom literackim, dramatycznym autorom żądającym zaliczek, kasjerom, sprawozdawcom, wzmiankarzom, krawcom i fryzjerom.
Rozpoczął się około niego ten śmieszny taniec ludzi, którzy poczuli w czyjejś kieszeni grosz, gotowy do wypłynięcia na świat, a suponując u jego właściciela brak wszelkiego doświadczenia, starali się ubiec rzeczywistych i urojonych konkurentów w korzystaniu ze złotej patoki. Łaszono się Turskiemu obrzydliwie w oczy, poza oczyma za to mówiono wzgardliwie, że jest idiota i osioł.
Budowa tymczasem, na którą nie skąpił pieniędzy, postępowała w szybkim tempie; architekci zapewniali go, że gmach za rok, na przyszłą jesień, będzie już gotów. Turski więc spieszył się ze swej strony, aby sobie podczas zimy złożyć trupę według swego serca, z którą już w lecie zamierzał rozpocząć próby.
Nie było to zadanie łatwe ani proste. W ogóle sił naprawdę dobrych — jak zawsze — mimo ogromnej ilościowo podaży, trudno było dostać, do tego dołączała się ta jeszcze okoliczność, że ani Turski, ani wspierający go radą i doświadczeniem Zaremba nie chcieli dawać w składzie personalu przewagi aktorom uznanym i rutynowanym.
— Byłoby dla mnie ideałem — mówił Turski do Zaremby — nie mieć ani jednego artysty z tych, którzy przed istnieniem mego teatru byli już wielcy, a natomiast złożyć trupę z ludzi prawdziwie zdolnych, którzy dotychczas nic nie umieją, może nawet desek scenicznych nie oglądali.
Zaremba podzielał jego zdanie, ale lubił się droczyć, więc odpowiadał na to: