— Chce pan, aby się od pana wszystko zaczynało!
— Nie, dyrektorze — tak zawsze starego pana nazywał — naprawdę nie o moją zarozumiałość tu idzie. Raczej jest w tym może trochę nieufności we własne siły. Chodzi mi o to, że mam pewne myśli, będące stanowczo innowacją ze względu na dotychczasową sztukę sceniczną, i chcąc je przeprowadzić u aktorów uznanych i gotowych, muszę przełamać wpierw ich rutynę, do czego nie zbyt się czuję na siłach. Obawiam się, że wobec niezaprzeczonego i już wyrobionego artyzmu tego lub owego aktora znanego, ulegnę i będę miał teatr może doskonały, ale nie taki, jaki mieć chciałem.
— A więc eksperymenty?
— Może. Ale pan mi chyba z tego zarzutu nie postawi. Wszakże pan sam przez całe życie nic innego nie robił.
Zaremba się zaśmiał.
— Zgoda! Ma pan słuszność. Ale nie jest tak źle, jak pan sądzi. Wszystko się da zrobić. Przede wszystkim między wybitnymi i rzeczywiście wielkimi aktorami znajdują się ludzie dużej artystycznej inteligencji, którzy z największą łatwością i ochotą poddają się nowatorstwom i wskazany im ton chwytają, gdy tylko widzą w nim sztukę, a u kierownika chęć szczerą stworzenia nowych jej walorów. Mówię to z długiego doświadczenia. Z takimi ludźmi da się pracować, trzeba ich tylko umieć wynaleźć. Chętnie panu w tym pomogę. Poza tym może pan myśl swoją urzeczywistnić i szukać materiału poza teatrem, gdzie także niewątpliwie cenne perły pan może wyłowić.
Jakoż Turski szukał i znalazł sporo, nieraz tam, gdzieby się najmniej tego można spodziewać. Stal się po prostu rybitwą ludzi. Rozglądał się w towarzystwie, na balach, wieczorkach i zebraniach, bywał na zgromadzeniach ludowych, śledził pilnie uczestników amatorskich teatrzyków po zapadłych mieścinach — i tak powoli uzupełniał i kompletował swymi „obiecującymi nieukami” to, co Zaremba z teatrów mu zgarniał.
Brakowało mu tylko aktorki — takiej, jaką sobie wyśnił, która by mogła stać się osią jego trupy. Wszystko to, co miał, przez swoje i Zaremby starania, nie odpowiadało jeszcze jego życzeniu, i zwątpił był już prawie, aby znalazł kobietę, jakiej pragnął.
— Snadź wszystkie są w życiu poniekąd aktorkami — mówił do Zaremby — i może dlatego właśnie tak trudno znaleźć taką, która by była zdolną wyłącznie do czystego, świętego kłamstwa sztuki.135
Zaremba się uśmiechał.