XII
W jakiś czas po śmierci starego księcia, kiedy już było powszechnie wiadomo, że młoda i piękna wdowa po upływie okresu obowiązkowej żałoby ma zaślubić niejakiego pana Rohityna, wszyscy, którzy ją bliżej znali, usiłowali jej to wybić z głowy, tłumacząc, że ówże Rohityn zgoła nie jest osobą dla niej na męża odpowiednią. Robiono mu zarzuty słuszne i niesłuszne. Rozpatrywano jego pochodzenie, majątek, stanowisko, badano przeszłość, stawiano horoskopy na przyszłość, wyciągano na jaw szczegółowo jego wady, przywary i niedostatki towarzyskie, słowem w pewnych kołach zajmowano się nim w owym czasie więcej, niż przez całą resztę jego życia dotąd.
Księżna w ślicznym stroju wdowim słuchała zarzutów, mając pełno łez w oczach i melancholijny uśmiech na ustach. Nie przeczyła niczemu. Zdawało się nawet, że sobie podoba w tej roli ofiary, że współczucie i żal, które jej towarzyszą, jako istocie skazanej przez swe zaślepienie na nieodpowiednią i pewno w przyszłości nieszczęśliwą partię, mają dla niej pewien osobliwy i smutny urok.
— Cóż robić — mawiała. — Kocham go. On ma tak piękną duszę...
(Piękna dusza Rohityna stała się już przysłowiową w całym Krakowie).
— Ależ pani będzie nieszczęśliwa! — odpowiadano.
— To już widocznie mój los. W pierwszym małżeństwie także szczęśliwa nie byłam.
— Nie wart jest pani! Pani jest nadzwyczajna, pani jest wyjątkowa... — i tak dalej, chwalono ją bez końca.
Ocierała rożkiem batystowej chusteczki łzę z oka i przyznawała, że to wszystko może prawda, ale Rohityn wywiera na nią nieprzezwyciężony urok, któremu ona już oprzeć się nie może.
Zdarzyła się taka rozmowa raz w przytomności profesora Butryma. Jakaś starsza dama, ponoć krewna księżnej, przedkładała jej z wielkim zapałem, że popełnia szaleństwo, którego kiedyś w przyszłości gorzko będzie żałować.