Profesor milczał i uśmiechał się.

Dama wyliczyła wedle ustalonego już tekstu całą litanię wad Rohityna, którą księżna właśnie setny raz słyszała, zaklęła ją na wszystkie świętości, na dziecko i prochy dostojnego męża w grobie, aby nie kalała nazwiska i nie robiła rzeczy, która ją musi zdyskwalifikować w towarzystwie, po czym uniesiona duchem proroczym poczęła jej w niezmiernie czarnych barwach malować okropne obrazy z przyszłego jej pożycia z drugim (co nie daj Boże!) mężem.

Zakończyła prawie że przekleństwem i zapewnieniem, że jej noga więcej tego progu nie przestąpi, i wyszła, obiecując przyjść jeszcze nazajutrz.

Profesor ciągle milczał i uśmiechał się.

Księżna zwróciła na niego oczy pełne przerażenia i łez.

— I co pan mówi na to wszystko? Co pan mówi! Widzi pan, co ja muszę cierpieć... To jest okropne.

— Naprawdę bardzo okropne.

— Pan sobie żartuje!

— Nie, księżno. To jest naprawdę tak okropnie nudne, że ja na miejscu pani byłbym już dawno wyjechał z Krakowa.

Westchnęła.