Zatrzymała się zdumiona.

— Jak?136

— Nie myślę wcale, aby pan Rohityn był dla pani nieodpowiedni, księżno. Owszem, o ile go znam, sądzę, że jest to najwłaściwszy narzeczony, jakiego pani sobie mogła wybrać.

— Jak to pan rozumie? — zapytała trochę niepewnie.

Butrym poprosił o pozwolenie zapalenia papierosa.

— To jest właściwie wcale niezły człowiek — zaczął, wpatrzony w błękitny dymek. — Zbyt wiele zwraca się uwagi na pewne, że tak powiem, zewnętrzności jego charakteru. Młody jest. Pod wpływem pani zmieni się w nim jeszcze niejedno. A sądzę, że ma w sobie pewne dane, które pozwalają przypuszczać, że będzie to mąż dla pani doskonały.

— Jakież to dane? — spytała z mimowolnym i zgoła nieopatrznym przekąsem.

Profesor uśmiechnął się leciuchno kącikami ust. Księżna musiała to zauważyć i zmieszała się, co jej się zresztą bardzo rzadko zdarzało.

— Tak, tak, ma pan słuszność — podjęła z nienaturalną trochę żywością — to jest rzeczywiście człowiek... Tak jest, ma w sobie naprawdę coś niemal demonicznego, jakąś dziwną moc, silny jest, nieposkromiony, jak koń bez wędzidła i piękny...

Profesor strząsał powoli popiół z papierosa do popielniczki.