— Nie myślę tego.
Spojrzała nań pytająco i niespokojnie.
— Ja sądzę — ciągnął dalej — że właściwie jest całkiem inaczej. Demonicznego nie ma w nim nic, ani szatańskiego nawet, z wyjątkiem chyba miny. Ale z tego można się poprawić. Nie jest także nieposkromiony, a w stosunku do kobiet, zwłaszcza do pani, prawdziwie i dziecinnie słaby. To są duże zalety, zwłaszcza gdy na pozór wygląda inaczej. Robi się bardzo przyjemna zabawa, rodzaj gry, bo, księżno droga, trzeba przyznać, że my się w życiu zawsze najlepiej grą, byle dobrą, bawimy. On będzie pani jako mąż słuchał z najgłębszą i najuleglejszą pokorą, która jednakowoż nie będzie nudna, bo dla własnego zadowolenia zachowa całkiem mimo woli pozory, że jest „szatanem”, którego pani cudem ujarzmia i pokonywa. A przy tym dla urozmaicenia czasem małe, maleńkie wybuchy, czasem gniew i potem te przeprosiny z całowaniem zgrabnych pantofelków... Nie wiem, czy będzie bardzo cierpiał, gdy mu pani krzywdę zrobi, ale to pewna, że krzyczeć będzie bardzo głośno i da pani miłe złudzenie odczuwanego przez miłość czy zazdrość bólu. To wszystko są rzeczy, których lekceważyć nie można, i dla tego sądzę, że Rohityna, tego doskonałego człowieka, naprawdę źle wszyscy znajomi pani oceniają.
Mówił, a księżna patrzyła nań z boku, jakby się chcąc upewnić, czy nie drwi. Gdy jednak spostrzegła, że profesor ma zupełnie poważny wyraz twarzy, a w głosie jego nie drga ani cień ironii, ruszyła ramionami nieznacznie i trochę niecierpliwie.
On kończył tymczasem:
— Rozumiem dobrze, że takiego człowieka, właśnie takiego mogła pani pokochać tak głęboko i na przekór wszystkiemu. Jestem przekonany, że zrobi pani bardzo, bardzo dobrze, wychodząc za niego za mąż.
Księżna zwróciła rozmowę na inny przedmiot, a Butrym zauważył, że jest chłodna i jakby urażona. Przy pożegnaniu, które nastąpiło prędko wobec rwącej się wciąż dalszej rozmowy, podała mu wyniośle sztywną dłoń do pocałowania i nie zachęcała go wcale do ponownych odwiedzin.
Butrym śmiał się, powtarzając pewnego dnia żonie w domu tę rozmowę.
— Złośliwy jesteś, Mietku — rzekła pani Zośka.
— Wcale nie jestem złośliwy. Nie uważam bynajmniej, aby wdowa po księciu Hazarapelianie robiła znowu taki nadzwyczajny mezalians, wychodząc za Rohityna. Jest on sobie taki, jak tysiące innych, ani lepszy, ani gorszy. Irytuje mnie to poniewieranie zupełnie przeciętnego człowieka i łamanie rąk nad krokiem księżnej, jakby ona była czymś innym jak również przeciętną kobietą.