— Słucham cię.

— Nie mam już nic więcej do powiedzenia. Możesz czytać.

Jakoż chciał czytać dalej, ale w tej chwili oznajmiono wizytę.

Profesor rzucił okiem na bilet i podał go żonie.

— To do ciebie. Golimski.

— Dlaczegóż do mnie?

— Bo ja z nim nie mam nic do mówienia — rzekł i wyszedł z książką z pokoju.

Pani Zośka w jak najfatalniejszym humorze kazała prosić przybyłego do salonu. Gdy jednak za chwilę podawała mu zgrabną i małą, choć trochę za krótką dłoń do pocałowania, wdzięczny uśmiech igrał jej już na ustach, a z przymrużonych filuternie z odrobiną kokieterii oczek nikt by nie był poznał, że miała niedawno sprzeczkę z prawowitym małżonkiem. Nie lubiła wprawdzie Golimskiego, którego uważała za przykrego zarozumialca, ale lubiła za to przedstawiać się zawsze i wszystkim „z lepszego profilu”, jak mawiał nieboszczyk Poleski. Była więc uprzejma nawet może ponad konieczną potrzebę.

Golimski przypisywał to wyłącznie własnym zaletom, które, jak sądził, na „tej poczciwej profesorowej” głębokie wywarły wrażenie. „Poczciwa profesorowa” widziała to i śmiała się z tego troszeczkę w duchu, ale postępowania swego nie zmieniała.

Na brak tak zwanego powodzenia u kobiet Golimski w ogóle nigdy uskarżać się nie mógł — był tęgi, dobrze wyrosły, bardzo układny, przystojny i niezbyt inteligentny, od czasu jednakowoż bliższej jego znajomości z księżną Heleną spadła na niego jakaś aureola niezwyciężonego zdobywcy serc niewieścich, którą nosił z wielką godnością i pewnością siebie, jako rzecz zasłużoną i należną. Patrzył na kobiety przejmująco i trochę wyniośle, i wysuwał w uśmiechu naprawdę piękne, czerwone usta o dziewczęcym zakroju warg, ponad którymi golił starannie wąsy, aby ich linii nie psuły.