Koło księżnej Heleny kręcili się tymczasem ludzie inni, przede wszystkim Rohityn, i o Golimskim poczynano już zapominać, kiedy pojedynek z Poleskm przypomniał go na nowo i na powrót niejako na świeczniku postawił.

Rzecz na pozór dziwna: wśród kobiet nie mówiono i nie myślano o tym, że dostał w twarz od ułomnego człowieka za publiczne znieważenie imienia byłej swojej kochanki, a natomiast patrzono na głęboką szramę, lewy policzek jego żłobiącą, jak gdyby ją w jakiej zaszczytnej i rycerskiej sprawie otrzymał. Golimski zauważył wnet, że to, co się obawiał sam, iż go w towarzystwie pognębi, raczej nowego mu dodaje blasku i coraz chętniej i częściej opowiadał o walce swej z garbatym lekarzem, o której początkowo nie śmiał nawet wspominać. Ułożył sobie już nawet osobną o tym legendę.

I teraz w rozmowie z panią Butrymową rychło na ten zeszedł temat.

— Ach, proszę pani — mówił, uśmiechając się tajemniczo — zrozumie mnie pani łatwo, że w tym wypadku musiałem być słabszym...

Pani Zośka udała zdziwienie.

— Nie rozumiem pana.

— Przecież to takie proste. Miałem przed sobą kalekę, nie mogłem więc użyć całej swojej przewagi, nie mogłem się stać po prostu mordercą...

— Raczej więc zamordowanym — rzuciła Butrymowa nie bez pewnej zjadliwości.

— Tak — rzeki Golimski z głębokim i szlachetnym patosem i zamyślił się bardzo widocznie.

— Nad czym pan duma?