— Co pan mówi!

— I los chciał, że on czarną gałkę wyciągnął.

— Natychmiast po spotkaniu?

— Tak jest. W godzinę miał się zabić i ostatecznie dotrzymał słowa, choć to tam podobno więcej trochę upłynęło, niż godzina. Ale trudno, do życia jest się tak przywiązanym!

— Panie Golimski!

— Słucham.

— Przecież... po pojedynku był pan nieprzytomny...

— Ach, to się tak opowiada!

Pani Zośka stała teraz przed nim wyprostowana. Dotychczasowa uprzejmość zniknęła jej z twarzy, usta miała zaciśnięte, w oczach zimny błysk wzgardy. W chwili jednak, kiedy spojrzał na nią, uśmiechnęła się znowu, ale jakoś dziwnie. Z nieznacznym, jakby powątpiewającym ruchem głowy wyciągnęła kąty zaciśniętych, wąskich ust i wzniosła brwi cokolwiek ku górze. Cała twarz jej wyrazem swym syczała jak żmija, do której się prawie stała podobną.

— Co pan mówi — powtórzyła z chłodną ironią — to pan jest człowiek po prostu nadzwyczajny! Ta szlachetność...