Nim jednak doszła do jego pokoju, ogarnęła ją jakaś niechęć i przykre uczucie niesmaku. Ponieważ zaś nie wiedziała dokładnie, o co jej chodzi, więc wpadła w złość na męża, jako na istotę w domu najbliższą, że to on „zaprasza i przyjmuje tego błazna, którego ona dopiero musi bawić”. Szła więc dalej z zamiarem dania mu odpowiedniej bury.

Ale profesor Butrym na swoje szczęście już był wyszedł139 z domu. Obawiał się po prostu, że go żona może wezwać do niemiłego mu Golimskiego i uciekł. Wałęsał się trochę po mieście bez celu, aż w Rynku spotkał się z Rogockim. Były adwokat mimo chłodu ubrany był w lekką, wyszarzałą pelerynę, łydki miał owinięte angielskimi powijakami, co wysokiej postaci jego nader śmieszny nadawało wygląd, zwłaszcza że pod pachami niósł całe mnóstwo zawiniątek i paczek. To przeszkodziło mu także przywitać się z Butrymem, nie mógł się ani ukłonić, ani ręki mu podać pod grozą uronienia części swego ciężaru w błoto pokrywające krakowski Rynek, wybrukowany po staremu „kocimi łebkami”, gwoli zachowaniu „historycznego charakteru miasta”.

Butrym podszedł ku niemu.

— Cóż pan tak objuczony? Czy pan połowę sklepów krakowskich zrabował?

Rogocki zaczerwienił się wstydliwie.

— Nie... ja tylko... to jest... księżna Helena prosiła mnie o załatwienie przy sposobności kilku drobnych sprawunków, a że przy tym mam jakieś swoje rzeczy przy sobie...

— Może panu pomóc nieść? — zaofiarował się profesor.

— Dziękuję panu, dam sobie radę. Ale dobrze, żem pana spotkał! Mam coś, co pana zainteresuje. Wstąpimy... ot tu do handelku, mają doskonałe tanie wino austriackie, pokażę panu przy sposobności...

Butrym chciał się wymówić, ale było już za późno. Rogocki nie puszczając pakunków, chwycił go za płaszcz wskazującym i środkowym palcem dłoni i pociągnął za sobą do ciemnej i niezbyt czystej izby. Przywitano go tutaj jak stałego bywalca z odrobiną rażącej Butryma poufałości.

— Sługa pana mecenasa dobrodzieja — mówił brudny subiekt, pełniący obowiązki kelnera — jak zawsze: ósemka czerwonego, kompot z bruśnic, rydze kiszone i w końcu kuropatwa z kaszą tatarczaną. Stasik! Nakryj no prędko dla pana mecenasa!