Rogocki zwrócił się do profesora z niejakim zakłopotaniem.

— Pan się zapewne dziwi, że ja o tak niezwykłej porze... ale widzi pan, ja mam swoją metodę. Jadam właściwie tylko raz na dzień, około piątej...

— Czy zawsze kompot z bruśnic140 i rydze kiszone?

— Tak jest i kuropatwę! Przekonałem się, że najlepiej jadać codziennie to samo, a ten porządek potraw sobie ułożyłem, bo to mojemu żołądkowi odpowiada...

Butrym zauważył w duchu, że Rogocki może raz na dzień jada, ale z pewnością więcej razy pija, gdyż biła od niego skombinowana woń wódki i piwa. Chciał wstać i pożegnać się, ale to mu się nie udało.

— Siadaj pan! Przecież ja panu jeszcze nic nie pokazałem! — zawołał „pan mecenas dobrodziej” głosem rozdrażnionym i zmusiwszy Butryma przemocą, aby usiadł, począł z miną wielce tajemniczą wydobywać z przyniesionej z sobą teki i licznych kieszeni ubrania, różne świstki papieru, pokryte notatkami i rysunkami.

Gdy to wszystko już leżało na stole, przykrył cały stos szeroką łapą i uśmiechnął się z dumnym zadowoleniem pod sumiastymi wąsami.

— Niech pan zgadnie, co to jest?

— Nie wiem. Świstki papieru.

— Tak, ale co na nich?