— Tego już żadną miarą przeczuć nie mogę.

Rogocki nie kwapił się z wyjawieniem tajemnicy, chcąc snadź ciekawość towarzysza podniecić, która w istocie była bardzo mała. Ale on tego nie uważał. Zabrał się do jedzenia kompotu, przegryzając niekiedy kiszonym rydzem i tylko spod oka pilnował profesora, aby mu nie uciekł. Wreszcie gdy mu podano kuropatwę, przy czwartej lub piątej „ósemce” wina jak śmierć cierpkiego, odsapnął i wyrzucił jak bombę z siebie:

— To są materiały do dzieła o początkach samodzielnej sztuki cechowej w Polsce!

Profesor uśmiechnął się grzecznie i udał, że wierzy, ale gdy rzucił okiem na podsunięte mu przemocą papiery, zainteresowało go naprawdę to, co zobaczył. Notatki, choć niesystematycznie ułożone, miały dużą wartość, niektóre kopie rysunków zadziwiały wprost mistrzostwem. W miarę jak przeglądał materiał, z rzeczywistym już teraz zajęciem, zdumiewał się coraz więcej. Uwagi rzeczowe i krytyczne, jakie tu i ówdzie były adwokat robił, uderzały niespodziewaną trafnością i głębią, świadcząc o umyśle autora żywym, bystrym i subtelnym, choć niewątpliwie chaotycznym. Wprawdzie niekiedy między najpoważniejsze zdania wpleciony był jakiś ustęp cudacki i dziwacznie od treści odbiegający, wiele myśli było tam nieskończonych, urwanych w połowie, gdzie indziej znowu pojawiał się wniosek, może nawet w istocie swej przekonywający, ale zgoła niczym niepoparty, mimo to wszystko razem było czymś nowym i niepospolitym.

— Robota wariata, ale genialnego — pomyślał profesor i wzniósł od papierów oczy na Rogockiego.

Siedział posępny, z namarszczoną brwią, z rękami głęboko wsuniętymi w kieszenie.

— Warto naprawdę, aby pan z tych notatek opracował dzieło. Można by się pokusić o wydanie w Akademii...

Rogocki kiwnął ręką z lekceważeniem.

— Nie, to głupstwo jest wszystko. Ot tak sobie czasem, gdy nie mam co robić...

Przed chwilą dumny jeszcze ze swoich papierów, zaczął je teraz zgarniać pogardliwie z brudnego stołu i zapychać nimi kieszenie marynarki. Kilka kart spadło na podłogę, nie schylił się po nie nawet.