— Co pan robi? — zawołał Butrym, podnosząc świstki — przecież tego szkoda!
Rogocki nie odpowiadał długo. Wreszcie spojrzał profesorowi prosto w twarz z jakimś błyskiem bezradnej i lękliwej rozpaczy.
— Panie, ja nie jestem zadowolony z siebie! — wykrztusił stłumionym głosem, z dziecinną niemal skargą.
— Co się panu stało?
— Ja nie wiem, ja nie wiem! Ja przecież mam dużo w sobie energii, życia — mówił, jakby to wszystko sobie samemu opowiadając — a czasem taki jakiś przestrach... Co się ze mną dzieje, może się już stało... ja nie wiem.
Butrym nie odpowiadał. Przyszło mu na myśl, że ma przed sobą człowieka, który prawdopodobnie wkrótce znajdzie się w domu obłąkanych i to jeszcze, że ten człowiek nieszczęśliwy, w pewnych momentach, zdaje sobie z tego sprawę, choć mu tak trudno przyznać się do tego przed samym sobą. Znać było, że czasem broni się przeciw tej świadomości wszelkimi siłami i sposobami wszelkimi: winem, gorączkową a krótkotrwałą pracą, chwalbą własnej wartości, przez którą sam się chce okłamać, i czasem lękliwą, do wyznania podobną skargą, której zaprzeczenia oczekuje.
Ale Butrym nie mógł się zdobyć na zaprzeczenie. Schylił głowę przygnębiony, choć to, co odczuwał, nie było zgoła podobne do litości ani współczucia. Był tylko smutny, że widzi człowieka ginącego i zna przyczynę jego zguby, niewartą w istocie jednego dnia życia ludzkiego. Przypomniał sobie wyczytane gdzieś w Talmudzie141 słowa rabbiego Tharfena, dzieciobójcy, który mówił do swej córki: „Bóg stworzył kobietę, aby mężczyzna szczęście z niej miał, iżeś się stała cierpieniem dla człowieka, umrzyj!”
Ha, ha! Czy miał słuszność rabbi Tharfen dzieciobójca? Czy nie powinni by raczej umierać ci, co w naczyniu rozkoszy boleść jeno i zatratę znaleźć umieją?
Myślał tak, a Rogocki tymczasem mówił dalej, wsparłszy łokcie na stole i wcisnąwszy kudłatą głowę między dłonie.
— Znalazłem poważne, wielkie zadanie życiowe: uratować kobietę, która by może zginęła beze mnie, porzuciłem dla tego celu wszystko, kancelarię, pan wie... nie miałem czasu zajmować się sprawami innymi, a teraz...