— Dajmy temu pokój — przerwał Butrym — to pana drażni.
Ale Rogocki pod wpływem wina, czy też jakiegoś przebytego wzruszenia, był dzisiaj skłonniejszy do zwierzeń niż kiedykolwiek. Przybliżył się teraz ku niemu i wytrzeszczywszy oczy, pochwycił go trzęsącą się ręką za klapę surduta.
— Pan myśli, że ja się upijam? — zaczął znów — Nie, nie! Ja tylko muszę sztucznymi środkami podniecać siłę nerwową, która opuszcza mnie czasem, bo to takie trudne, tak strasznie trudne zadanie. Męczy mnie to wszystko i boję się, by mi nie brakło... Pan nie wie, pan nie wie nic!
Urwał i począł się z lękiem rozglądać dookoła, aż nagle, bez żadnego widocznego powodu, chwycił rozpaczliwym ruchem rękami za głowę.
— Panie Mieczysławie! Ja nie jestem zadowolony z siebie — powtórzył znowu i ryknął płaczem jak małe dziecko.
Subiekt, stojący w rogu pustego o tej porze pokoju, przypatrywał się tej scenie z obojętnym półuśmiechem na wargach, był snadź u stałego bywalca do podobnych wybuchów przyzwyczajony.
Butrym wstał i zapłaciwszy swój drobny rachunek wyszedł, nie żegnając się nawet z płaczącym wciąż Rogockim.
W kilka minut po jego wyjściu Rogocki, uspokojony już, wzniósł głowę. Nie spostrzegłszy profesora, nie zadziwił się nawet, jeno, jakby sobie coś przypomniał, gwałtownym ruchem wyrwał z kieszeni mizerny niklowy zegarek.
— Płacić! — krzyknął nerwowo.
Subiekt podbiegł natychmiast, ale okazało się, że wykrzyk Rogockiego był zgoła retoryczny. Pogrzebawszy nieco w dziurawej kieszeni od kamizelki, krzyknął, że jutro rachunek załatwi i wyszedł spiesznie, jakby w obawie, żeby go nie zatrzymano.