Objuczony pakunkami, roztrącając ludzi po drodze, biegł niemal pędem w stronę mieszkania księżnej Hazarapelianowej. Na schodach skakał w górę po trzy stopnie od razu, aż wreszcie zdyszany, spotniały, czerwony od wina, płaczu i zmęczenia, zadzwonił do drzwi przedpokoju.

Księżna przyjęła go jak najfatalniej. Nie czekając nawet, aż położy przyniesione jej sprawunki, wpadła nań od razu przy drzwiach z wyrzutami:

— Co pan robi? Czemu się pan tak spóźnia? Pan już przed godziną powinien być tutaj!

Usprawiedliwiał się poważnie.

— Proszę pani, nie mogłem. Pani mi kazała kilka rzeczy załatwić, a potem spotkałem kogoś znajomego...

— Wiem. Czuję. Wino pan pił.

— Jedną szklaneczkę tylko.

— A pij pan sobie i dziesięć, to mi nie szkodzi, ale gdy pana proszę, aby pan tu był dość wcześnie, bo około siódmej ma przyjść Rohityn...

— Czy przyszedł już może? — przeląkł się Rogocki.

— Nie. Na szczęście spóźnił się. Niechże mnie pan teraz słucha. Niech pan nie mówi, żem ja panu przyjść kazała i niech pan nie wychodzi ode mnie, dopóki on tu będzie.