— Ależ, proszę pani...

— Już ani słowa. Niech pan tylko zrobi tak, jak proszę.

— Dobrze. Myślę jednak, że jeżeli pani nieprzyjemnie go przyjmować, to można powiedzieć, że pani wyszła, albo zresztą niech mnie to pani zostawi...

Wyraz zaciekłej, tępej nienawiści przemknął mu po twarzy.

— Nic panu nie zostawię. Niech się pan nie wtrąca do niczego, tylko mnie słucha. A teraz przejdźmy do jadalnego pokoju.

Rogocki zasępiony, ruszył ramionami i ociągając się szedł za księżną. Zauważyła to i odwróciwszy się, rzuciła mu przez ramię uśmiech krótki i dobry, który podziałał na jego mroczną duszę, jak promień słońca na mglisty, deszczowy krajobraz. Rozjaśnił się natychmiastowo, nabrał pewności siebie, czy też jednego z tych złudzeń, którymi biedne życie swe podpierał.

W jadalni postawił przed nim służący talerz owoców i pękatą, oplataną butlę chianti142 o długiej szyjce. Rogocki spojrzał na księżną z wdzięcznym zdziwieniem; podróżował niegdyś wiele po Włoszech i lubił to wino nade wszystko, nie tylko dla smaku jego, zapachu i mocy, lecz że mu przypominało ubiegłe i najpiękniejsze lata życia...

Wiedziała o tym.

— Chciałam — rzekła, na wzrok jego odpowiadając — żeby się panu dzisiaj zdawało, że pan siedzi gdzieś we Fiesole143, ponad gwiaździstą, cudną, kwiatami pachnącą Florencją tam w dolinie.

Pochylił głowę. Był tam niegdyś z nią razem, dawno, strasznie dawno temu... On, młody, zamożny, szerokiem wzięciem cieszący się już adwokat, który oszalał i rzucił wszystko, i zrujnował się materialnie i moralnie w przeciągu jednego roku czy dwóch, goniąc po świecie za nią, za cudną, za najpiękniejszą, która mu wówczas mówiła: „Jesteś moją ostoją w życiu, moim oparciem, mym sterem... i zawsze nim będziesz...”