Drżała mu ręka, kiedy nalewał krwawy płyn w kryształową, rzniętą szklankę...
— Fiesole, Fiesole — powtórzył w zamyśleniu. — Czy pamięta pani ten krużganek na górze pod franciszkańskim klasztorem i ową ławkę kamienną, z której widać Florencję, całą w złotej śreżodze144, w czarne ramy cyprysów ujętą?...
— Pamiętam.
— I stare, rosochate drzewo oliwne, ponad białą drogą schylone, pokryte pyłem... Jest tam w pobliżu za wysokim, odwiecznym murem jakiś tajemniczy ogród, z którego na wiosnę wyglądają jeno rozkwitłe drzewa migdałowe...
Przerwał suchym, nerwowym spazmem, który targnął jego szeroką piersią, na szczęście dość wcześnie opanowany, aby nie zamienić się w wybuch oszalałego płaczu.
Księżna zdawała się tego nie uważać.
— I róże — mówiła, snując dalej obudzone wspomnienia — cale mnóstwo tak niesłychanie, tak nieprawdopodobnie pachnących róż...
— Nie ma róż — warknął — powiędły już, powiędły...
— Są róże — odrzekła z niespodziewanym uśmiechem, wskazując ogromną więź kwiatów w kącie pokoju na małym stoliku stojącą. — Przysłał mi je dziś rano pan Rohityn.
Rogocki zamruczał coś niewyraźnie. Twarz jego rozświetlona przez pewien czas wspomnieniami, przybrała znowu wyraz osowiały i tępy. Coś jak gdyby odruch nienawiści przemknęło znów po niej i zgasło. Księżna śledziła spod oka grę uczuć na jego twarzy.