— Męczy mnie — rzekła cicho.
— Rohityn?
— Tak. Boję się go. Nie chcę być z nim sam na sam.
Oczy Rogockiego stały się ojcowsko dobrotliwe i stanowcze.
— Niech się pani nie obawia. Ja tu będę. Pani wie, że ja czuwam nad panią.
— Proszę o to.
Nim zdążył cośkolwiek odpowiedzieć, służący oznajmił przybycie Rohityna.
Wszedł uśmiechnięty i zadowolony z siebie jak zawsze i stanął jak wryty, spostrzegłszy Rogockiego w pokoju. Przywitał się z nim kwaśno i usiłował mu zaraz na wstępie dać do zrozumienia, żeby sobie jak najprędzej poszedł do kroć stu tysięcy diabłów. Ale Rogocki zdawał się zgoła nie rozumieć jego aż nadto przejrzystych uwag. Owszem z jak największą flegmą zasiadł sobie wygodnie w dużym fotelu i popijając wciąż wino, zaczął jakieś długie i nudne opowiadanie, którego zresztą nikt nie słuchał. Księżna przeglądała świeżo jej przysłane dzienniki mód, Rohityn przysiadał na różnych krzesłach, wstawał, chodził po dużym pokoju i przysiadał znowu, nie starając się wcale ukryć zniecierpliwienia i złego humoru. Wreszcie przystanął tuż za księżną.
— Helu... — szepnął.
Spojrzała nań surowo.