— Proszę mi nie mówić po imieniu, on słyszy...
— Niech go licho weźmie! Skąd on się tu wziął?
— Nie wiem. Przyszedł. Nie mogłam go przecież za drzwi wyrzucić...
— Ja oszaleję! Obiecałaś... obiecała pani postarać się, że dzisiaj będziemy sami, że nam nikt nie przeszkodzi...
— Cóż ja winna jestem? I ja też chciałam... Zresztą może on sobie wnet pójdzie.
— Zabiję go!
— Lutek! Miej rozum.
Więc Lutek usiłował mieć rozum i usiadłszy w kącie, pożerał nienawistnym, wściekłym wzrokiem gadającego wciąż bez przerwy i końca Rogockiego. Zrazu skracał sobie czas czekania wymyślaniem mąk, na jakie rad by skazać tego zawadzającego mu człowieka; potem zaczął wytężać niezbyt silną głowę nad rozwiązaniem problemu, dlaczego dawniej tak łatwo księżną Helenę samą w domu zastawał, a teraz stało się to po prostu niepodobieństwem? Nie doszedł do żadnego wyniku i postanowił natręta bądź co bądź przetrzymać. Liczył w myśli do stu, do trzystu, wreszcie do tysiąca i zaczynał znowu od jednego. Rogocki gadał ciągle, księżna wciąż nie słuchała.
Zjedli u księżnej kolację i wyszli od niej razem, certując się we drzwiach o pierwszy krok, coś około wpół do drugiej w nocy, zmęczeni obaj i zarówno nierozumiejący nic z tego, co się dzieje.