Podczas pewnej bytności Turskiego w Krakowie145 wręczono mu sądownie w spuściźnie po Poleskim żelazną szkatułkę, na której podstawie znaleziono wyskrobane jego imię.

Turski doznał niewytłumaczenie przykrego wrażenia, że ta rzecz do niego powraca. Chciał jej zrazu nie przyjąć i wmówić w wysoki sąd, że była jego podarunkiem, nieboszczykowi ofiarowanym, ale zabrakło mu jakoś odwagi, aby to powiedzieć.

Po wyjściu urzędowego doręczyciela został w pokoju hotelowym sam ze starą i próżną szkatułą, z zatrzaśniętym wiekiem. Odsunął ją zrazu, jako coś zgoła nieużytecznego i bez znaczenia i zabrał się do roboty, miał bowiem przygotować listę aktorów do wspólnego przejrzenia z Zarembą. Ale robota mu nie szła, choć tak prosta i łatwa na pozór. Wstawał i chodził po pokoju, rzucając okiem mimo woli w tę stronę, gdzie postawił był146 przemocą oddaną mu szkatułkę. Drażniła go i pociągała, miał wrażenie, że wydobywa się z jej szczelnie zamkniętego wnętrza jakiś subtelny i zdradziecki jad, który mu odbiera zdolność spokojnego myślenia.

Wziął ją w rękę z trochę niejasnym postanowieniem wyrzucenia jej za okno, ale zamiast to zrobić, usiadł na krześle i począł jej się bacznie przyglądać. Z tym martwym kawałkiem żelaza łączyły mu się jednak wspomnienia dziwne i długotrwałe, niegdyś, gdy była jeszcze pełna, tylekroć głowę na niej opierał i przymykał oczy, zasłuchany w szepty, podobne do tętna gorącej krwi, jakie z niej szły, odurzony wonią niewypowiedzianą słów w niej zamkniętych, które umiał na pamięć...

Pochylił się nad szkatułką w nagle ogarniającym go zamyśleniu. Przypomniał mu się szereg wypadków z tą martwą rzeczą związanych: cała jej historia zwykła, nic nieznacząca na pozór, uboczna...

Kupił ją był147 pewnego dnia w jakimś sklepie żelaznym, gdy trzeci czy czwarty list od niej był otrzymał. Nie przywiązywał jeszcze wówczas wagi do tych listów, nie myślał, że je będzie chował jako skarby lub kiedykolwiek powtórnie odczytywał: szalona, odświętna rozkosz życia i miłości zanadto pełnym, zanadto bujnym i żywym tętnem mu wtedy biła, aby mógł myśleć o wartości martwych kartek papieru... Jeśli je chował w ogóle, to tylko dlatego, że trudno mu było niszczyć cokolwiek, co z nią związek miało bezpośredni, a nie mogąc się zdobyć na to świętokradztwo, tym więcej nie chciał pozwolić listom leżeć pod nie dość pewnym zamknięciem, gdzie by przy jego ustawicznych włóczęgach i krótkich popasach mogły się dostać w ręce ciekawej służby hotelowej lub kogoś z jego znajomych...

Z czasem listów przybywało, stało się to już jego nałogiem, aby je zbierać wszystkie, po porządku, nie opuszczając najmniejszej obojętnej kartki pocztowej ani świstka wydartego z karnetu z gorącem słowem miłości, które słyszał tak często. Stawał się już zazdrosnym o ten skarb, choć nie odczytywał go jeszcze nigdy powtórnie i szkatułkę woził wszędzie z sobą jakby jakiś zwariowany kolekcjoner, mający chorobliwą miłość do swoich zbiorów...

Przypomniało mu się, jak w dniu, kiedy szkatułka poczynała być za ciasną, wyrzucił pewną ilość kopert, chowając po kilka listów do jednej, jak je grupował wedle dat, miesięcy, miejsc, gdzie je otrzymywał...

— Muszę rzadziej pisywać do ciebie! — śmiała się księżna, gdy jej się raz żartem skarżył, że listów jej już pomieścić w swojej „ogniotrwałej szafie” nie może.

— Niech Bóg broni! — rzekł z udanym komicznym przestrachem. — Wybieraj tylko cieńszy papier listowy!