Byli oboje rozbawieni jak dzieci...

Ale przyszedł naprawdę czas, kiedy ona pisywała rzadziej i coraz rzadziej, że zmuszony przez nią dla jakichś niezrozumiałych sobie powodów do opuszczenia jej na pewien czas, dniami całymi czekał w obłędnej tęsknocie na krótki jej list, a otrzymawszy go, odwlekał nieraz godzinami chwilę rozerwania koperty i odczytania jej słów, napawając się naprzód tą tylko radosną świadomością, że list już ma i za chwilę będzie chłonął oczyma i duszą jej słowa nieprzepłacone i słodkie, do szału całe jestestwo jego upajające...

Były wypadki, że po długim oczekiwaniu list jej już otwarty kładł przed sobą na stole i przeciągał z jakimś rozpaczliwym wyrafinowaniem bolesną rozkosz cierpliwości, jakby w obawie, że z chwilą, gdy treść listu posiądzie, zacznie się znowu długa udręka potwornej tęsknoty za następnym, który nie wiadomo kiedy przyjdzie...

A ileż razy zdarzało się, że ten drugi i w takiej udręce wyglądany list przynosił tylko kilka obojętnych, suchych słów z pośpiechem, w roztargnieniu na papier rzuconych...

Czasami jednak — niespodziewanie — bywały jej listy jak puchary tęgiego wina lub odurzające snopy kwiatów podzwrotnikowych. Odczytywał je wtedy dziesiątki razy i chował do szkatułki, aby je wyjąć znów po godzinie i znowu chwytać oczyma słowa, na pamięć już umiane...

Tam, w tej żelaznej skrzyneczce, próżnej w tej chwili, był niegdyś krwawy, żywy strzęp jego serca zamknięty. Tam była jego rozkosz i jego ból: jej miłość tam była lub to, co się miłością jej zwało, morze ruchliwe i zmienne, miotające łodzią jego na toń rzuconego serca, lub kołyszące ją w pieszczocie najsłodszej, pociągające jak wszelka otchłań, a wewnątrz niezbadane, nie wiadomo nawet czy przepastnie głębokie, czy na mieliznach się jeno, pianą zakrytych, rozlewające...

Przypomniał sobie, jak raz mówiła doń ona, że kiedyś, gdy się już na zawsze połączą (och! wierzył w to jeszcze wówczas!), będą w jakiś cichy wieczór razem odczytywać te listy z wiernej, milczącej żelaznej szkatułki dobyte...

Spalił je i szkatułka — niewołana — wróciła doń teraz, próżna.

Nie miał odwagi niszczyć tych dokumentów, odjeżdżając w świat, a bał się brać je ze sobą, bał się rozkosznej, przegryzającej serce, zabójczej ich trucizny.

Zostawił je u przyjaciela, który już nie żyje.