Powrócił i spalił je.
Właściwie dlaczego to zrobił?
Dlaczego udawał przed sobą, czy przed tamtym, patrzącym nań wówczas człowiekiem, że są mu obojętne? Do czego zmierzała ta komedia, że nie pamięta nawet, iż tu tę szkatułkę zostawił, gdy wówczas — naprawdę — przyszedł po nią i dlatego jeno tak późno, że wcześniej przyjść nie miał odwagi? Przecież to nie była ta dzisiejsza księżna Helena, to była tamta dawna, dziś już nieistniejąca, jego, jego na całym świecie jedyna!
Rozpętała się w nim straszna tęsknota za tym, co zniszczył.
Trwał przez chwilę z twarzą zakrytą rękami, z czołem na wieku szkatułki opartym.
A jednak zniszczyć to musiał. Wówczas był to raczej odruch mimowolny, owo rzucenie listów w ogień, rozpalony własnymi jego rękami, teraz mimo wszystko zrozumiał jasno, że to było nieuchronne i konieczne i że najgłębsza rozwaga do czego innego nie byłaby go mogła doprowadzić.
Stać się to musiało nawet nie dlatego, jakoby jad przedziwny i upojny, w dawnych kartach miłości ukryty, był mu jeszcze niebezpieczny, lecz po prostu, aby mógł zachować niezamąconą czystość swojego wspomnienia.
To powinno było zginąć tak, jak zginęło: nieczytane. Gdyby dzisiaj skuszony odczytał te karty, niegdyś zakochanymi oczyma swymi całowane i znalazł w nich to, czego może tylko nie dostrzegł był148 w dawnym zaślepieniu: płytkość, nieszczerość albo obłudę?...
— Dobrze się stało — szepnął, podnosząc czoło. — Niech przynajmniej tamta, umarła, pozostanie mi taką, jak była.
Uśmiechnął się do siebie z melancholią i wyrozumiałością, jakby do dziecka, i zaczął nieświadomie pieścić lekkim dotknięciem dłoni zimną stal szkatułki. A potem wydobył znowu mały, zardzewiały kluczyk z kieszeni i nie zdając sobie sprawy, po co to robi, otworzył wieko.