Drgnął nagle.

W mroku zimowego, wcześnie zapadającego wieczora dojrzał na dnie szkatułki coś jak gdyby strzęp zakrzepłej krwi. Sięgnął odruchowo palcami...

Zeschła, purpurowa róża zaszeleściła mu w dłoni.

Przez pewien czas trzymał ją w ręce z zapartym oddechem, pod wrażeniem jakby dokonanego cudu...

Czy to woń jej słów, które uleciały, w ten smutny, krwawy kwiat się ścięła? Czy zakwitnęła nim mogiła dawnej, już przeminionej, miłości?

Naraz...

Tak, tak! Z przestrachem przypomniał sobie, że w ów dzień, gdy ostatni raz ułomnego swego przyjaciela odwiedził, wpadła mu w oczy róża — taka sama? Ta sama! — w kącie klęcznika pod krucyfiksem ukryta...

— To krew — tamtego!

Z mimowolnym okrzykiem rzucił kwiat na powrót w skrzyneczkę.

Wstał i począł chodzić po pokoju niespokojnym krokiem.