Ogarnęła go nagła, nieprzeparta ochota spojrzenia księżnej w oczy właśnie w tej godzinie. Z nerwowym pośpiechem uporządkował ubranie i narzucił płaszcz. Wyszedł z pokoju, jak gdyby uciekał zeń przed czymś...

Gdy się znalazł na ulicy, posłyszał bicie dzwonów wieczornych. Przystanął i zasłuchał się przez chwilę w tę szeroką, razem z mrokiem ulicę zalewającą muzykę...

Na Anioł Pański biją dzwony 149— przypomniał mu się dziwny, przedziwny wiersz o wlokącej się po polach, bezdomnej, nieukojonej tęsknocie wielkiego, niegdyś tak smutnego poety.

Spokój go ogarniał powoli głęboki, zawieszony zda się w tym mroźnym, ruchem dzwonów rozkołysanym powietrzu wieczornym.

— To już wszystko przecie umarło — powtórzył sobie z ulgą prawie głośno, może już po raz setny.

Ale z drogi nie zawrócił. Szedł powoli ze schyloną głową w stronę mieszkania księżnej Heleny.

Od czasu śmierci jej męża widział ją zaledwie dwa czy trzy razy, przelotnie i zawsze w liczniejszym towarzystwie. Co prawda sam trochę unikał rozmowy z nią w cztery oczy. Wstydził się za siebie — owej pamiętnej rozmowy nocnej w automobilu, gdzie zanadto wiele słabości okazał — i za nią również, że patrzyć na nią musi jako na oficjalną narzeczoną pana Rohityna.

Ale tym razem, wchodząc do niej, nie myślał o tym...

Służący zaprowadził go do znanego mu już wscho­dniego saloniku. Zastał tam niespodziewanie Borzyckiego. Młody chłopak, na widok wchodzącego Turskiego, powstał nieco zmieszany i zaczął się witać serdeczniej niż było potrzeba, aby snadź150 pokryć swe zakłopotanie.

— Wszak księżną zastaję w domu? — zapytał Turski.