— Owszem, jest... Wyszła właśnie z pokoju. Przypuszczam, że powróci za chwilę.
Turski, rzuciwszy okiem dookoła, spostrzegł na sofie, przed którą stał, niski taboret Borzyckiego, zgniecione jeszcze ciężarem ciała poduszki, snadź księżna siedziała tutaj i wstała w tejże chwili dopiero może właśnie, kiedy on wchodził do pokoju. Miał wrażenie, że ciężka portiera, drzwi do sąsiedniego pokoju zasłaniająca, kołysze się jeszcze z lekka jakby ramieniem jej w szybkim przejściu trącona.
— Dlaczego przede mną uciekła? — pomyślał z niewytłumaczoną przykrością.
Miękki włos puszystego dywanu, sofę pokrywającego, był w jednym miejscu nieco zmierzwiony jakby dotknięciem bucików, widocznie księżna, z Borzyckim rozmawiając, zarzuciła swobodnie nogi na sofę, przyjmując jedną z tych swoich ulubionych póz, na wpół siedzącą, na wpół leżącą, kiedy ciało jej w przecudną i doskonałą linię się wyginało. Błysnęły mu w zwidzeniu stopy jej spod czarnej, żałobnej sukni na krwawym dywanie wyciągnięte, targnęła go jakaś złość, prawie że do zazdrości podobna a nienawistna.
Borzycki tymczasem mówił już od paru chwil. Turski począł słuchać jego słów.
Młody chłopak, zrazu nieśmiało, potem coraz entuzjastyczniej opowiadał bez żadnego celu i powodu, jaka księżna Helena jest nadzwyczajna, jaka piękna i dobra a nieszczęśliwa, jak wyjątkowa...
— Po co on się tak... usprawiedliwia? — pomyślał Turski i uśmiechnął się melancholijnie, choć chciał tylko ironicznie usta skrzywić.
Księżna nie przychodziła i Borzycki zaczął się niepokoić.
— Może lepiej będzie, gdy ja już odejdę — powiedział niezręcznie, poglądając na Turskiego, jakby go pytał o radę.
Turski ruszył ramionami.