I naraz wybuchnął:
— Ja bym go nawet w moim studenckim pokoju nie przyjął!
Turskiemu teraz udał się wybornie uśmiech ironiczny.
— Dostojna, szlachecka krew w panu gra, panie Borzycki?
— Może! — rzucił chłopak z pewną dumą i pożegnał się, aby wyjść, poprosiwszy jeszcze Turskiego, aby go przed księżną usprawiedliwił.
Ledwo drzwi się za nim zamknęły, gdy księżna Helena pojawiła się w progu. Miała na ustach uśmiech smutny i niewinny.
Turski, zamiast się przywitać, zagadnął wręcz:
— Pani czekała, aż Borzycki wyjdzie?
— Tak — odparła przeciągle. — Wiedziałam, że pan dzisiaj przyszedł do mnie samej.
— Zgadła pani jak zawsze — odrzekł, tracąc nieco pewności siebie.